1 kwietnia 2017

Czternasty rozdział

Safe and Sound               

            Życie płata różne figle. Niejednokrotnie człowiek się o tym przekonuje  – jak potrafi niezależnie od tego, czy jest to dobry moment, dać z liścia w twarz i skopać tak, że wszystko stanie się w danym momencie jedną wielką porażką i zaczyna się widzieć świat w szarych kolorach. Tak, takie zazwyczaj właśnie jest życie – nieprzewidywalne, okrutne. Samo wybiera moment, w którym przychodzi nam się zmierzyć, z tym, co dla nas przygotuje i zazwyczaj jest to ten, gdy sypie się wszystko, po kolei…
                „Jak to możliwe?” – można zapytać. Nie ma na to jakiejś bardzo wymyślnej odpowiedzi, jest prosta – życie musi doświadczyć każdego, niezależnie od wszystkiego. Bo jaki by wtedy miało sens? Co to za życie, wieść cały czas cudowny, beztroski żywot? Wydaje się to piękne, wspaniałe – ale tak naprawdę to w pewnym momencie stanie się nudne. Czyż nie jest tak, iż im bardziej kręta droga tym lepiej?
                Hermiona Granger doświadczyła tego wszystkiego nie raz. Wszystko zaczęło się od rzucenia tego felernego zaklęcia. Do dziś pamięta, gdy musiała unieść różdżkę i powiedzieć zaklęcie, które z każdą wymówioną literą paliło ją, bolało. Nie może się pogodzić z myślą, iż to się po prostu tak skończyło. Często nachodzi ją myśl, że gdzieś podświadomie rodzicom brakuje jej. To prawie zawsze napawa ją pozytywną myślą i daje siłę do walki i normalnego funkcjonowania, jednak zdarzają się również momenty załamania. Chociażby teraz – gdy Harry i Draco zostali zaatakowani i porwani przez Śmierciożerców, a jedyną deską ratunku jest rodzina Weasley’ów oraz Zakon Feniksa.
                Nie wiedziała, co ją czeka. Mogą ją przyjąć albo równie dobrze wyrzucić za drzwi. W duchu modliła się, by chociaż ją wysłuchali. Gdzieś głęboko żyła w niej nadzieja, iż jeśli wysłuchają, zdecydują się jej pomóc – a konkretniej Harry’emu i Draco.
                Przekraczając próg Nory, poczuła się nieswojo. Nie pamiętała, żeby kiedyś towarzyszyło jej takie uczucie w tym domu. Panowały tam zawsze radość i miła, rodzinna atmosfera. Tymczasem wiele się zmieniło.
                Hermiona chciała stamtąd uciec, wyrwać się z uczucia, które jej towarzyszyło, gdy pojawiła się przed drzwiami Nory. Próbowała uspokoić oddech. Liczyła w myślach do dziesięciu. To nie pomagało, a teraz, kiedy Ginny wpuściła ją do środka, stres ogarnął ją całą. Bała się okropnie reakcji pozostałych. Nie miała zielonego pojęcia, czego się może spodziewać. Żyła nadzieją, iż może nie będzie tak źle, jak to sobie wyobraża.
                – Hermiono, wszystko będzie w porządku – szepnęła Suzanne, ściskając mocniej dłoń Gryfonki, aby dodać jej otuchy.
                I rzeczywiście tak się stało. Hermiona poczuła się trochę pewniej, chociaż dalej niepokój otaczał ją z każdej strony. Serce biło jej o wiele szybciej.
                Na wejściu zastała kuchnię. Panował tam jako taki porządek.
                – Usiądźcie – powiedziała Ginny i udała się na górę, posyłając po drodze Hermionie słaby uśmiech, który jeszcze bardziej zdezorientował starszą Gryfonkę. Dziewczyna spoczęła na krześle przy stole.
                – Na Merlina, denerwuję się – powiedziała cicho do Suzanne.
                – Nie obraź się, ale widać to po tobie. – Przykucnęła przed Hermioną tak, jak kilka godzin temu Gryfonka przed nią. – Cała się trzęsiesz… I masz rumieńce.
                Hermiona szybko przyłożyła dłoń do policzka. Często miała zimne ręce, więc poczuła ciepło. Nie musiała nawet patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, iż jest czerwona jak burak. Często, gdy się denerwowała na jej twarzy wykwitał wielki rumieniec.
                Z góry zbiegła Molly Weasley. Na widok Hermiony jej oczy przybrały wielkość galeonów. Szybko podbiegła do dziewczyn. Mocno przytuliła Hermionę. W efekcie dziewczynie mocno zakręciło się w głowie. Gdyby nie przytrzymywała jej pani Wealsey, pewnie spadłaby z krzesła.
                – Na Merlina, Hermiono, co ci jest? – pytała zaniepokojona Molly.
                Ta nie odpowiedziała. Nie miała do tego głowy. Poczuła się okropnie, pewnie na wskutek nerwów w ciągu ostatnich godzin.
                – Chłopcy! – zawołała swoich synów. Na dole zjawili się po kolei Fred, George i Ron. – Zanieście ją do salonu i połóżcie na kanapę.
                Fred złapał Hermionę za nogi, a George pod ramiona i w ten sposób przenieśli ją do pomieszczenia obok. Pani Weasley krzątała się po kuchni, szukając odpowiednich eliksirów iorazlekarstw.
                Na dół zszedł jeszcze Artur Weasley. Gdy zobaczył, co się dzieje na dole, na chwilę stanął przed schodami. Musiał przetrawić wszystkie informacje.
                W końcu zapytał Rona:
                – Co tu się dzieje?
                Ten tylko wzruszył ramionami, na co pan Weasley podszedł do Suzanne.
                – Dobry wieczór – przywitała się Suzanne trochę zawstydzona. Zazwyczaj ciężko szło jej nawiązywanie nowych relacji, chociaż z Hermioną zaprzyjaźniła się szybko, bez jakiegokolwiek problemu.
                – Możesz mi powiedzieć, co się stało?
                Kiwnęła głową twierdząco.
                – Nazywam się Suzanne Jones. – Przedstawiła się jeszcze.
                – Dobrze, ale… – Dziewczynka mu przerwała.
                – Spokojnie, dojdę do tego. – Spojrzała przelotnie na Hermionę. – Mieszkałyśmy jeszcze z Draco i Harrym w domu na Grimmauld Place. No i… Wybrałam się razem z Hermioną w… Jedno miejsce. – Stwierdziła, iż odpowiednim będzie, aby nie mówić, że teleportowały się do sierocińca. – Gdy już wróciłyśmy ich nie było – mówiła ciszej. – A później przyszła taka pani… I powiedziała, że zaatakowali ich jacyś inni czarodzieje. Później zjawił się jeszcze jeden u nas. – Przerwała na chwilę swoją wypowiedź. – Harry, Draco i Hermiona mówili na nich Śmierciożercy…
                – Dobrze, dziękuję ci, Suzanne. – Pan Weasley teleportował się w tylko sobie wiadome miejsce.
                Suzanne przypatrywała się, co robią domownicy Nory. Pani Weasley krzątała się koło Hermiony, co jakiś czas coś do niej mówiąc. Natomiast bliźniacy czujnie obserwowali, co robi ich mama. Za to najmłodszy syn stał z boku i przypatrywał się wszystkiemu z lekkim zmartwieniem w oczach. Wiedziała, że Hermiona jej o czymś nie powiedziała; coś musiało zajść między nią a Ronem.
                – Chłopcy, zajmijcie się nią… – Popatrzyła na Suzanne.
                Ron, jak stał przy schodach, tak się nie ruszył. Patrzył na sytuację. Ginny zeszła do miejsca całego zamieszania.
                – Mamo, tata mówił, że chwilę przybędzie tu profesor Lupin – powiedziała, przeczesując włosy dłońmi.
                – Dziękuję ci, Ginny. – Rzuciła jej wymowne spojrzenie. Chyba chciała, aby do niej podeszła. Dziewczyna skierowała się ku kanapie, gdzie leżała ledwo przytomna Hermiona.
                Na widok dziewczyny w jej oczach zaszkliły się łzy. Przez cały ten czas, gdy Hermiony nie było przy niej, ona myślała, co się z nią dzieje, jak się ma… I czy skrzywdziła ją tak bardzo, że ich relacja stanie się nie do odbudowania. W głębi serca chciała przeprosić Hermionę za całe jej zachowanie. Zachowała się okropnie.
                Przez te kilka tygodni nachodziły ją myśli, że może Ron skłamał, ale to jej brat i po części wierzyła też jemu. W końcu są rodziną! Dlaczego mieliby się okłamywać?
                A po jakimś czasie, od kiedy straciła przyjaciółkę, zauważyła zmianę w zachowaniu brata. Chodził jakiś osowiały i spięty. Zbyt często zamykał się w swoim pokoju. Gdy raz się go zapytała, o co chodzi, Ron zbył ją jakimiś wymówkami. A Ginny nie jest głupia! Coś jej nie pasowało w całej tej układance, ale serce zagłuszało rozsądek i nie pozwalało Ginny w końcu zobaczyć, po czyjej stronie leży wina. Może po prostu nie chciała tego widzieć…
                – Ginny – powiedziała Molly, przywracając tym córkę do rzeczywistości. Ta spojrzała na nią pytająco. Nie słuchała, co mówiła jej mama. – Proszę, przynieś szklankę wody. Ona zaraz mi tu zemdleje!
                – Tak, jasne… Już idę – oznajmiła Ginny, po czym udała się do kuchni. Wyciągnęła z szafki kubek i nalała do niej wody. Następnie szybkim, aczkolwiek ostrożnym krokiem wróciła do mamy.
                Podała szklankę Hermionie, która lekko się podniosła i upiła trochę. To nieco przywróciło jej trzeźwość myślenia.
                – Proszę pani, może ja mogę w czymś pomóc? – Powoli szła w kierunku kanapy, gdzie leżała Hermiona.
                Molly spojrzała na nią przelotnie, po czym odrzekła:
                – Właściwie… – Zastanowiła się chwilę. – Nie wiem, co tu jeszcze można poradzić…
                Zrobiła wszystko, co mogła: podała jej eliksir, wodę, a za pomocą zaklęcia starała się ją trochę uspokoić i sprawić, by znikły zawroty głowy.
                – Ty masz na imię…? – odezwała się Ginny.
                – Suzanne – odparła, siadając obok Hermiony. Patrzyła na przyjaciółkę z zaniepokojeniem w oczach.
                Przez ostatnie wydarzenia Gryfonka widocznie zmarniała. Przyczynił się do tego także jad chimery. Osłabił znacznie organizm dziewczyny; widocznie schudła, a także straciła siłę do wykonywania niektórych czynności, na przykład do warzenia eliksiru wielosokowego. Ten, który uwarzyła poprzednio, Draco z Luną wykorzystali, aby zdobyć odtrutkę. Musiała zacząć wszystko od nowa. Zdobycie niektórych składników do niego wcale nie jest proste, a sam proces warzenia trwa cały miesiąc. Opóźni to znacznie misję szukania horkruksa, ale to jak na razie jedyny w miarę rozsądny pomysł, jak dostać się do Ministerstwa Magii. Niejednokrotnie Hermiona o tym myślała. Często także nachodziły ją myśli, że Voldemort zwycięży tę wojnę, wszak szybko je od siebie odganiała. Po prostu nie mogła w to uwierzyć. Napawało ją to niepokojem, czuła się jak w jakimś koszmarze.     
                    – Czy mogłabyś opowiedzieć, dlaczego tu się… znalazłyście? – zadała pytanie Molly.
                Dziewczynka opowiedziała po kolei o tym, jak wróciły do domu na Grimmauld Place, ale po chwili przerwała, po widziała miny Molly i Ginny Weasley. Obie były w niemałym szoku.
                Ginny słuchała tego wszystkiego z niedowierzaniem. Widocznie pobladła. Martwiła się o Harry’ego. Powtarzała sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja, przeprosi go. Zależało jej na nim. Uczucie, którym go darzyła, nie wygasło ot tak. Wiedziała, że go kocha, jednak zagadką wciąż pozostawało, dlaczego nie stanęła po jego stronie, kiedy odchodził. Ciągle ma w głowie obraz twarzy Harry’ego w tamtym momencie. Był zawiedziony, po prostu, nie zły. Nora jakby opustoszała po „wyprowadzce” Hermiony I Harry’ego. To już nie było to samo. Ginny, jej bracia, mama i tata chodzili jacyś przygaszeni. Czasami próbowała rozśmieszyć swoich bliskich, rzadko to dawało jakiś efekt. Nawet bliźniacy stracili werwę to robienia żartów, co może wydawać się niemożliwe. Owszem, co jakiś czas wykręcili jakiś kawał komuś z rodziny, ale podchodzili do tego z mniejszym entuzjazmem. Ucierpiał też na tym ich sklep. Pomysłów mieli co nie miara, ale nie potrafili się zebrać, by je zrealizować. O Ronie już nawet nie wspominała. Ten odzywał się tylko, gdy ktoś się go o coś pytał. Nie powiedział nic z własnej inicjatywy, a także jego częste zamykania się w pokoju nie były normalne. Spędzał tam zdecydowanie za dużo czasu. Schodził jedynie na posiłki lub gdy rodzice go o coś prosili.
                – Mamo, czy…? – Dziewczyna się zawahała. – Czy z Hermioną wszystko będzie w porządku? – dodała niepewnie.
                Na twarzy pani Weasley pojawił się ciepły uśmiech. Cieszyła się, że jej córka o to pyta. Nie przekreśliła od razu przyjaźni z Hermioną, a bardzo jej zależało na szczęściu swoich dzieci.
                 Suzanne od nowa opowiadała historię, dokładnie mówiąc, co się wydarzyło, zacząwszy od tego, jak trafiła na Grimmauld Place, skończywszy na ataku Śmierciożercy i teleportowaniu do Nory. Co mogło się wydawać dla Ginny i Molly Weasley dziwne, dziewczynka opowiadała to wszystko ze stoickim spokojem. Ton jej głosu był aż kojący. Opowiadała to, jakby to była jakaś bajka dla dzieci, gdy tymczasem Harry Potter i Dracon Malfoy są w rękach Śmieciożerców.
                Suzanne umiała trzymać emocje na wodzy. Opanowała to wręcz to perfekcji, a teraz ta umiejętność jej się bardzo przydaje – chociażby w obecnej sytuacji, gdy musi wszystko opowiedzieć.
                Molly Weasley nie wiedziała, co powiedzieć. Nie sądziła, że tak wiele się wydarzyło. Owszem, wiedziała o kilku wydarzeniach, na przykład o tym, iż Draco porwali Śmierciożercy, ale reszta była naprawdę okropna. Przed oczami miała obraz Hermiony męczącej się, podczas gdy jad chimery ją zabija. Gdy Suzanne o tym opowiadała, w oczach Pani Weasley stanęły łzy. Wyobrażała sobie, jak nad Hermioną stoi kostucha i zastanawia się, czy zabrać Hermionę, jednak po dłuższy zastanowieniu stwierdza, że to jeszcze nie jej czas.
                Za to Ginny słuchała wszystkiego ze złością – tylko nie na Harry’ego, Hermionę, nawet nie na Draco – na siebie. Zastanawiała się, jakby się wszystko potoczyło, gdyby się tak nie zachowała. Czuje, jakby to, co się wydarzyło, było tylko jej winą.
                Siedziały w ciszy kilkanaście minut. Każda pogrążona w swoich myślach. Ginny tępo wpatrywała się w swoje dłonie położone na kolanach, a Molly wodziła wzrokiem to po córce, to po Hermionie i Suzanne, która delikatnie gładziła jej ramię.
                Nagle w pokoju pojawił się Artur Weasley, a wraz z nim Remus Lupin i Kingsley Shacklebot.
                – Molly, czy mogłabyś na chwilę iść z nami? – zapytał swoją żonę.
                Ta bez zawahania wstała i udała się wraz z mężem do kuchni. Ginny została wraz z Suzanne. Czuła się nieswojo w obecności dziewczynki. Zastanawiała się, czy Hermiona coś o niej mówiła. Bała się, że Suzanne ma do niej swego rodzaju uraz, jednak ta miło ją zaskoczyła.
                      Między dziewczynami zapanowała niezręczna cisza. Żadna nie wiedziała, co powiedzieć – nawet Suzanne, która zazwyczaj bez problemu nawiązywała jakąś rozmowę.
                Nagle Hermiona uderzyła ręką o podłogę, która wcześniej zwisła jej bezwiednie, i obudziła się. Otworzyła szeroko oczy. Na początku nie wiedziała, gdzie się znajduje. Myślała, iż dalej znajduje się na Grimmauld Place, ale gdy zobaczyła obok siebie Ginny, wiedziała, że to nie jest sen, jak wcześniej myślała, tylko rzeczywistość.
                Zaczęły do niej po kolei dochodzić informacje, co się stało z Harrym i Draco. Poweiedzieć, że się o niech martwiła to mało. Bała się – ta dzielna Gryfonka odczuwała strach o swoich przyjaciół. Po głowie chodziły jej najgorsze myśli – Draco i Harry nie żyją.
                Była cała roztrzęsiona, pociły jej się dłonie. Na szczęście była przy niej Suzanne i Ginny.
                – Na Merlina, Hermiona. – Ginewra mocno przytuliła Pannę Granger. Ta bez zastanowienia oddała uścisk.
                Po policzkach Ginny spływały łzy. Była szczęśliwa, iż może w końcu powiedzieć wszystko, co jej leży na sercu, przyjaciółce. Hermiona nie kryła zaskoczenia, aż otwarła usta, gdy Ginny wpadła jej w ramiona. Jednak nie płakała, tak jak rudowłosa. Był to dla niej niemały szok.
                – Hermiona, przepraszam, przepraszam… – powtarzała. – Przepraszam, że byłam taaką okropną przyjaciółką. Proszę, wybacz mi. Jestem najgorszą przyjaciółką na świecie! Ja nie chciałam tak powiedzieć. Działałam impulsywnie… Ja… – urwała.
                – Ginny – zaczęła – spokojnie. Już wszystko w porządku.
                Na te słowa panna Weasley wpadła w jeszcze większą histerię.
                – Nie, Hermiono, jestem okropna! Nie zasługuję na taką przyjaciółkę jak ty.
                – Co ty pleciesz, Ginny? – Zirytowała się Starsza Gryfonka. – Padło parę nieprzyjemnych słów, ale przeprosiłaś. To się liczy, prawda?
                Ta pokiwała tylko twierdząco głową, a następnie otarła łzy.
                Niespodziewanie usłyszały trzask w kuchni i krzyk pani Weasley:
                – Arturze! Czyś ty oszalał?!
                Spojrzenia dziewczyn się spotkały.
                – Twoja mama chyba się lekko zezłościła – powiedziała Suzanne.
                – Oj, nie wiem, czy tak lekko… – odrzekła Ginny, dotykając policzki, sprawdzając, czy ma rumieńce. – Ostatnio słyszałam ją tak złą, gdy Ron dostał wyjca.
                Hermiona postanowiła sprawdzić, co tak zezłościło panią Weasley i udała się do kuchni. Za nią poszły Ginny i Suzanne.
                Jak się okazało, trzask spowodował wazon, który spadł albo został zrzucony na ziemię. Prawdopodobnie to drugie. W kuchni siedział także Alastor Moody oraz Fred i George Weasley’owie.
                – Nie ma mowy, żebyś ich wysyłał! – krzyczała, mocno gestykulując rękami.
                – Molly, do kurwy nędzy, oni są dorośli! – Zaprotestował wypowiedziom pani Weasley Alastor Moody. – Wiedzą, na co się piszą.
                – Ale… – Chyba nie umiała znaleźć żadnego sensownego argumentu. Rzeczywiście bliźniacy są już dorośli. Ba! Mają własny sklep, a to świadczy o tym, że są odpowiedzialni.
                – Właśnie mamo – powiedzieli zgodnie.
                Zawahała się, a po paru sekundach powiedziała:
                – Chłopcy, macie na siebie uważać. – Pogroziła im palcem. – I słuchać się Alastora i taty.
                Fred i George przybili piątkę, po czym rozsiedli się wygodnie na krzesłach przy stole.
                – O, dziewczynki! – Dopiero teraz pani Weasley zauważyła stojącą w pomieszczeniu Hermionę, Ginny i Suzanne. – Już się lepiej czujesz, Hermiono? – zapytała z troską.
                – Tak, dziękuję za opiekę. – Uśmiechnęła się ciepło starsza Gryfonka. – Mogę wiedzieć, o czym rozmawialiście?
                – Hermiono, może jeszcze odpoczniesz i… – Molly podeszła do dziewczyny i chciała ją wyprowadzić z kuchni, a następnie jeszcze się nią zająć.
                – Molly, przestańże. – Oburzył się Alastor Moody, uderzając otwartymi dłońmi w stół tak mocno, że w efekcie spadł kubek. Na szczęście był plastikowy i się nie potłukł. – Ona ma prawo wiedzieć. Jest przecież dorosła.
                – Ale o czym wiedzieć? – zapytała Hermiona, biorąc kubek z wodą i upijając łyk.
                Molly spojrzała na Alastora i swojego męża, mrużąc oczy. Ewidentnie chciała „uchronić” Hermionę od tej informacji. Uważała, że dziewczyna nie jest w stanie, by się temu podjąć.
                – Granger – zaczął – mamy informacje, gdzie obecnie znajdują się Harry i Draco. Nie patrz tak na mnie, Molly, tylko słuchaj, jeśli chcesz pomóc. Znajdują się, a jakże by inaczej, w posiadłości Malfoy’ów. Mamy tam szpiega i informuje nas o tym, jaki jest stan Pottera i Malfoya.  Szału z nimi nie ma, ale żyją. Możemy ich odbić, jeśli w miarę szybko przeprowadzimy akcję. Sama-wiesz-kto poszukuje czegoś ważnego, podobno ważniejszego od Pottera, i zjawi się tam dopiero za jakieś pół godziny, czyli za co najmniej dziesięć minut musimy się tam teleportować i spier… – Powstrzymał się, zauważając Suzanne. – Uciekać. Cały plan jeszcze omówimy dokładnie na Privet Drive. Krótka piłka. Wchodzisz w to?
                Hermiona tylko kiwnęła twierdząco głową.
                – A ja? – zapytała Ginny.
                – Ty, słoneczko, jeszcze nie jesteś pełnoletnia i nie pozwalam ci brać udziału w tej misji – powiedziała pani Weasley.
                Ginny chciała zaprotestować, ale uznała, że to nie miało sensu. Mieli szybko omówić plan i zabierać się za akcję odbicia Harry’ego i Malfoy’a.
                – Myślę, że musimy już iść – dodał Remus, po czym podał dłoń Hermionie.
                Wyciągnął różdżkę i teleportował siebie i Hermionę na Grimmauld Place. Już po paru sekundach pojawiła się reszta. Lupin postanowił teleportować z sobą Hermionę, ponieważ widział, że jeszcze była w szoku i mogłoby dojść do jakiegoś wypadku, gdyby się teleportowała.
                Na Privet Drive znajdował się prawie cały Zakon Feniksa. Spośród znajomych twarzy zauważyła jeszcze Nimfadorę Tonks, Charliego Wealsey’a i Fleur Delacour, a poza tym co najmniej jeszcze jakieś dwadzieścia osób. Byli znacznie starsi od Hermiony. Pewnie są dużo bardziej doświadczeni w walce od niej.
                Alastor Moody, kuśtykając, podszedł do stołu i za pomocą różdżki wyczarował jakąś mapę. Gdy Hermiona się przyjrzała, zauważyła, że jest to plan posiadłości Malfoy’ów.
                – Podejdźcie tu – powiedział Moody. – To jest plan posiadłości Malfoy’ów. Za kilka minut będziemy się tam znajdować i nie ma mowy o pomyłce. Jasne? Jeden błąd może nas wszystkich drogo kosztować. Podzielimy się na dwie grupy po piętnaście osób. Jedna grupa zaatakuje z przodu, a druga zakradnie się do tyłu. Ci z przodu mają zwrócić uwagę Śmierciożerców, a druga grupa wejdzie z tylca. Strategia pierwszej grupy, czyli tej, która zwraca uwagę, jest taka: kilka osób trzyma zaklęcie tarczy, a reszta rzuca zaklęcia. Najlepiej petrificusy i drętwoty. Tylko, do jasnej cholery, trzymajcie te tarcze tak, żeby mogli strzelać. W ten sposób odwrócimy ich uwagę. Co do drugiej grupy… Dwa słowa: zaklęcie kameleona. Znacie takie? – Kilkanaście osób kiwnęło twierdząco głowami. – Ci, co je znają, idą do drugiej grupy. I pewnie zapytacie, jak tam trafić. Otóż Granger wie. – Wskazał na Hermionę. Lekko zaskoczyły ją jego słowa, ale po chwili zrozumiała, że pewnie chłopaki są przetrzymywani w lochach tak, jak ostatnio.
                Wątpiła, że Śmierciożercy zachowaliby się tak lekkomyślnie.
                – Granger, mamy tam kreta i donosi nam stale informacje. Na pewno tam są – dodał, żeby przekonać Hermionę. – Następnie musimy atakować w kupie. Nie można samemu. Jeśli ktoś będzie walczył sam, to może marnie skończyć. Najlepszy czarodziej dupa, gdy wrogów kupa. Spotykamy się później w głównym pomieszczeniu. Teraz potrzebuje jeszcze z pięć osób. – Spojrzał po czarodziejach. – Tonks, Remus, Hermiona, Shacklebot i jeden Weasley idą po Pottera i Malfoy’a.
                – Który? – zapytali zgodnie bliźniacy.
                – A co za różnica? – Wzruszył ramionami. – Wszystko jasne? Nie ma mowy o jakimkolwiek błędzie. Ostatnie pytanie? Ktoś rezygnuje? Później nie będzie odwrotu. – Nikt się nie odezwał. – Dobra, to lecimy.
                Hermiona nie bała się. Chciała tylko uratować Harry’ego i Draco, ale w głębi duszy chciała pokazać Śmierciożercom, iż jest silna. Wiedziała, że tym razem wygra. W końcu do trzech razy sztuka.
                Wyciągnęła różdżkę i teleportowała się na tyły posiadłości Malfoy’ów. Tam czekało ją wielkie zaskoczenie, ale była dzielna.
                – Cholera – zaklęła pod nosem.

Dziękuję za Sovbedlly [klik] za zbetowanie rozdziału. :)

Hej, kochani! :)
W końcu wracam do was po dłuuugiej przerwie. Bardzo was przepraszam za tak długą nieobecność. Sama jestem na siebie zła, że tak długo mnie nie było... 
I jednocześnie muszę, po prostu muszę podziękować CanisPL. :) Ostatnio u niej pojawił się rozdział i po przeczytaniu go dostałam solidnego kopniaka w tyłek i zabrałam się do pisania.  
Ale teraz ze spraw organizacyjnych...
Jak zapewne zauważyliście znowu zmieniłam szablon. Kurczę, nie umiem zostać przy jednym. ;D Uprzedzam pytania, robiłam go sama. I powiem szczerze, że mi się podoba. :) Jeśli ktoś ewentualnie chciałby jakiś szablon, to zapraszam na Księgozbiór Hogwartu [klik]. Tam można składać zamówienia. ;)
I teraz mniej przyjemna informacja... Nie wiem, kiedy ukaże się kolejny rozdział. :/ Po prostu, jak go napiszę, to się pojawi. ;)
To chyba już wszystko. 
Pozdrawiam! 
zakręcona01