19 września 2016

Ósmy rozdział

                Minął prawie miesiąc od ostatnich wydarzeń. Cała czwórka zdążyła się już ze sobą zaznajomić. Oczywiście nie obyło się bez kłótni, tych mniejszych i również większych. Pewnego dnia Draco z Hermioną pokłócili się tak bardzo, że nie odzywali się do siebie, a nawet nie patrzeli, przez tydzień. Wszystko wyszło z jakiejś bzdury, a skończyło się na awanturze. Szatynka bardzo często rozmawiała z Suzanne. Można powiedzieć, że traktowała ją jak młodszą siostrę, której nigdy nie miała. Zazwyczaj szarooka otwierała się przed Gryfonką i opowiadała o swoim życiu. Dowiedziała się na przykład, że Suzanne, od kiedy pamięta, przebywała w sierocińcu. Matka ją porzuciła, a ojca nigdy nie znała. Nie sądziła, że mogła mieć tak trudne dzieciństwo. Próbowała wczuć się w sytuację kasztanowłosej, ale przychodziło jej to z trudem. Zawsze miała kochających rodziców, którzy obdarzali ją prawdziwym uczuciem.
                Oprócz długich rozmów z dziewczynką, warzyła eliksir. Była to mozolna praca, ponieważ trzeba to warzyć przez miesiąc, jednak efekt zadowalał szatynkę. Nie pierwszy raz udało jej się to zrobić, więc nie uznała tego za jakiś wyjątkowo wielki sukces, ale i tak cieszyło ją, że dała radę. Przecież uwarzenie tego jest nie lada wyzwaniem nawet dla doświadczonych alchemików.
                Harry i Draco zajmowali się głównie donoszeniem składników do eliksiru, żeby ułatwić pracę szatynce. Jak się okazało, ta nie zapomniała tylko rogu dwurożca, który i tak ciężko zdobyć, a także jakiegoś specyfiku posiadającego dziwną barwę, jakby wlano do jednej buteleczki trzy farby – zieloną, niebieską i fioletową – a te nie chciały się zmieszać.
               


            Stała w deszczu. Krople spływały po policzkach dziewczynki, lecz nie były to jedynie krople, które spadały z chmur. Słone łzy wytyczały mokre ślady swojej wędrówki po jej twarzy. Nie mogła się ruszyć. Jakaś niewidzialna siła ją trzymała. Widziała cień, który szedł w jej stronę. Strach sparaliżował jej ciało. Najgorsze było to, że nie widziała tej istoty. Niby duch, ale coś podpowiadało jej, że zamiast niego może okazać się czymś innym.
            – Abigail… – Głos ewidentnie zwracał się do kasztanowłosej.
            Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa. Jakby straciła głos. Znowu spróbowała, ale to na nic. Chciała krzyknąć i wezwać pomoc, ale zamiast tego poczuła przeszywający ból. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Bólu nie można było porównać do złamania czy rozcięcia – to było coś dużo gorszego. Wolałaby umrzeć i przestać czuć cokolwiek.
            Nagle pod jej stopami pojawiła się głęboka, czarna dziura. Spadała. Już miała poczuć zetknięcie z podłogą…

            – Aaaaaaaaa! – krzyczała Suzanne. Rozpłakała się i schowała szczelniej pod ciepłą pierzyną.  Po jej policzkach spływały łzy. Już od kilku dni przeżywa noce pełne płaczu. Kiedy tylko zaśnie, słyszy to samo imię – Abigail. Dlaczego to coś zwraca się do niej Abigail? To chyba nienormalne.
            Nagle ktoś wbiegł do jej pokoju. Zobaczyła jedynie zarys postaci, która po chwili wyciągnęła różdżkę.
            - Lumos! – Z różdżki pojawiło się światło, które trochę oświetliło pokój. – Suzanne, nic ci nie jest? – zapytał ewidentnie jakiś kobiecy głos.
            „Hermiona!”, pomyślała dziewczynka i rzuciła się w objęcia szatynki. Dziewczyna z początku nie rozumiała zachowania dziecka, ale później bez zastanowienia oddała uścisk i czule głaskała dziewczynkę po włosach. Czuła, jakby trzymała w swoich ramionach najbardziej kruchą istotę na świecie. Nie miała zielonego pojęcia, co się mogło stać, ale świadomość, że Suzanne płacze, naprawdę zmartwiła Hermionę.
            – Co się stało? – zapytała, nie przestając tulić do siebie dziewczynki.
            Ta w odpowiedzi zalała się kolejnymi łzami. Dla szatynki był to znak, iż nie powinna zadawać więcej pytań, tylko po prostu być, żeby Suzanne się uspokoiła.
            – Cichutko, nic się nie stało – mówiła, nawet nie zdając sobie sprawy z powodu płaczu dziewczynki.
            Słowa Hermiony zadziałały na kasztanowłosą kojąco. Już po chwili przestała płakać, lecz nadal nie chciała puścić szatynki, jakby bała się, że gdy tylko ją puści, jakaś niewidzialna siła będzie chciała ją skrzywdzić. Siedziały w takiej pozycji kilka minut.
            – Już w porządku – wymamrotała dziewczynka.
            – Na pewno? – Chciała upewnić się Hermiona.
            Ta w odpowiedzi pokiwała twierdząco głową. Szatynka miała już wyjść z pokoju, ale zatrzymał ją cichy głosik.
            – Mogłabyś ze mną zostać?
            Odwróciła się w stronę dziecka i spojrzała na nią niepewnie. Nie sądziła, że Suzanne ją o to poprosi. Jej słowa zaskoczyły Hermionę bez reszty, a odpowiedź była prosta.
            – Jasne.
            Uniosła swoją różdżkę, a po chwili w pokoju pojawiły się kołdra, poduszka i materac. Ułożyła się najwygodniej, jak się dało, ale materac był dość twardy i cienki, więc czuła się, jakby spała na podłodze, ale jakoś szczególnie jej to nie przeszkadzało.
            – Dobranoc. – I przykryła się kołdrą.
            – Dobranoc – odpowiedział jej cichy głos Suzanne.
            Obie zasnęły z niespotykaną łatwością i nie męczyły ich koszmary. Wszystkie smutki odeszły w cień, a pozostał jedynie błogi sen, który pozwolił się wyciszyć Suzanne i Hermionie.


            Kolejnego dnia jako pierwszy obudził się Draco. Postanowił nie marnować czasu i podniósł się z łóżka. Omiótł pokój wzrokiem.
            Pomieszczenie naprawdę nie prezentowało się dobrze. Na meblach i podłodze pojawiła się warstwa kurzu, a wszystko wyglądało, jakby nikt nie zamieszkiwał tam od roku. Chwila… Przecież tak było! Od kiedy zmarł ojciec chrzestny Harry’ego, Syriusz Black, w domu mieszkał głównie Stworek, który raczej nie garnął się do sprzątania, co było widoczne po ogólnym wyglądzie rodzinnego domu Blacków.
            Blondyn szybko przebrał się w czyste ciuchy, a następnie wyszedł do przedpokoju. Zauważył uchylone drzwi do pokoju Hermiony. Ciekawość Ślizgona kazała mu chociaż zajrzeć. Zajrzał na łóżko, na którym powinna spać Gryfonka. Nie było jej tam! „Gdzie ona zaś polazła?”, zapytał w duchu. Miał już zamiar krzyknąć jej nazwisko, ale zanim to zrobił, pomyślał, że może pobudzić mieszkańców domu, a później mogłoby się okazać, że ta po prostu zeszła do kuchni albo jeszcze innego pomieszczenia w tym domu. Zajrzał do kolejnego pokoju na Grimmauld Place, w którym spał Harry. Spodziewał się, że jej tam nie znajdzie, ale pomimo to lekko uchylił drzwi, aby zajrzeć do środka. Nie znalazł jej tam, ale zawsze lepiej sprawdzić. Diabli wiedzą, co oni mogą robić! „O czym ty myślisz, Draco?”, skarcił się w myślach. Kolejne drzwi prowadziły do łazienki, ale były otwarte na oścież, więc na pewno nikogo tam nie znajdzie. Ostatnie drzwi ktoś zamknął. Bez skrupułów podszedł do nich i je otworzył. Zauważył, że to właśnie tam śpią Suzanne i Hermiona. Przyjrzał się dziecku i musiał stwierdzić, że ta kogoś mu przypominała, ale nie umiał skojarzyć kogo. Wzruszył ramionami i cicho wyszedł z pokoju, aby ich nie obudzić.
            Zszedł do kuchni, otworzył lodówkę i ze smutkiem stwierdził, że jest w niej tylko światło. Popatrzył przez okno i zauważył pobliski sklep. Problem leżał w tym, iż nie ma mugolskich pieniędzy. Ma tylko kilka galeonów i sykli, które często nosił po kieszeniach.
            Teraz zakupy mógł zrobić jedynie na Pokątnej, ale nie sądził, żeby to był dobry pomysł. Siedział i przez chwilę zastanawiał się, czy nie pójść na ulicę Pokątną, ale po dłuższym przemyśleniu stwierdził, że może okazać się to bardzo niebezpieczne. Jego brzuch mocno zaburczał. „Granger może mieć pieniądze”, wpadło mu nagle do głowy. Udał się do jej pokoju i zabrał kilkanaście funtów.
            Z racji, że była jeszcze wczesna godzina, mogło być tam mniej ludzi, więc nadarzyła się jeszcze lepsza okazja, żeby załatwić to, co trzeba. Nabazgrał list, żeby w razie czego powiadomić Pottera i Granger, gdzie poszedł. Założył kaptur na głowę i wyszedł z budynku.
            Miał szczęście. Zastał tylko kilku przechodniów. W oczy rzuciła mu się kobieta z burzą czarnych loków. Jego pierwszą myślą było, że to Bellatrix, ale gdy ta się odwróciła, z ulgą stwierdził, że to po prostu jakaś kobieta z wielką szopą na głowie.
            Kiedy już prawie doszedł do sklepu, zaczepiło go jakiś dwóch typków. Nie rozpoznał ich. Mieli na sobie długie szaty, a na głowach kaptury. Wciągnęli go w jakieś krzaki. Z impetem rzucili nim o ziemię tak, że rozciął sobie wargę o jakąś gałąź i poczuł pulsujący ból w skroni. Do jego nosa dostał się metaliczny zapach krwi. Przyłożył palce do bolącego miejsca i poczuł, jak spływa po nich jakaś ciecz. To była jego krew.
            Zobaczył jeszcze tylko czerwony błysk. Ciemność.


            Hermiona Granger właśnie się przebudziła. Gdyby nie ostatnie wydarzenia, nie miałaby zamiaru wstawać. Przetarła oko, a następnie wstała. Ruszyła do pokoju Harry’ego. Uchyliła drzwi i zauważyła przyjaciela z głową na poduszce i nogą na podłodze. Miał lekko rozchylone usta i pochrapywał. Szatynka uśmiechnęła się delikatnie na ten widok, ponieważ wyglądało to naprawdę zabawnie. Cicho podeszła do jego łóżka i potrząsnęła jego ramieniem, żeby go obudzić.
            – C-co? – zapytał jeszcze zaspany Wybraniec.
            – Wstawaj. – Spojrzała na zegar wiszący na ścianie. ­– Już jedenasta.
            – Dobra, zaraz wstanę – wymamrotał i obrócił się tyłem do przyjaciółki.
            Panna Granger za bardzo nie uwierzyła w słowa przyjaciela, ale postanowiła się z nim nie przekomarzać. Jeśli nie wstanie, najwyżej potraktuje go Aguamenti. Nie miała zamiaru budzić Malfoya. Ostatnio jakoś nie przepadała za jego obecnością. Niby wszystko jakoś powoli się klarowało, ale nie potrafiła się przemóc i porozmawiać z nim jak z kolegą ze szkoły, który de facto nim nie był. Odrzuciła na bok wszystkie te myśli i zeszła na dół. Usiadła przy stole. Jakoś odechciało jej się jeść.
            Jej przyjaciel również zasiadł do stołu.
            – Gdzie jest Malfoy? – zapytał Wybraniec.
            – Chyba jeszcze śpi. – Wzruszyła ramionami.
            – Myślałem, że zszedł na dół. – Zmarszczył brwi Harry.
            – Niemożliwe. Gdyby gdzieś tu łaził, na pewno bym go zauważyła.
            – To gdzie on, do jasnej cholery, polazł? – zirytowała się szatynka. Czy on nie może chociaż przez kilka dni usiedzieć na dupie i nie robić problemów?
            – Pójdę zobaczyć na górę. – I ruszyła po schodach na piętro. Uchyliła lekko drzwi. Nie zastała go tam. W pokoju Suzanne na pewno go nie ma, ponieważ tam spała. Została jeszcze do sprawdzenia łazienka. Zapukała do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. „Może się utopił?”, pomyślała. Nie wiedziała, czy ma wchodzić. Jeszcze raz zapukała. Znowu nic. Uchyliła lekko drzwi, ale nie przekroczyła progu.
            – Malfoy, jesteś tu? – zapytała. Odpowiedziała jej cisza.
            Weszła do pomieszczenia, ale nikogo tam nie zastała.
            – Świetnie – mruknęła.
            Szybko zbiegła na dół.
            – Nie ma go.
            – Jak to nie ma? – Zmarszczył brwi zielonooki.
            – No, nie ma go.
            – Przecież się nie zapadł pod ziemię. – Wstał i ruszył na górę Wybraniec.
            Hermiona poszła za nim. Zatrzymała się w pewnym momencie przy szafce, która stała w kącie. Leżał na niej kawałek pergaminu. Szybko odwinęła papier i zabrała się za czytanie. Trochę trudno jej się było rozczytać.

Poszedłem na chwilę do sklepu.
                    D.M.


            – Co za idiota! – wycedziła przez zęby Hermiona. Dalej trzymała list w jednej ręce, a drugą złapała się za czoło.
            – Co jest? – zapytał niczego jeszcze nieświadomy Wybraniec. Przyjaciółka tylko podała mu list. Ten szybko przeczytał, co napisał Malfoy i klepnął się w czoło.
            – Kretyn… - Oparł się dłonią o szafkę.
            – Skąd on wziął w ogóle pomysł, żeby iść gdziekolwiek bez nas?! – zirytowała się szatynka. – On naprawdę jest taki tępy, na jakiego wygląda, czy tylko udaje?
            Oboje westchnęli nad głupotą Ślizgona.
            – Pewnie Śmierciożercy już go zgarnęli. – Założyła ręce na piersi Hermiona.
            – Pewnie tak – mruknął Wybraniec. – Ciekawe gdzie go zabrali.
            Oboje oddali się głębokiej zadumie. Szatynka gorączkowo myślała nad obecną sytuacją. Przeklinała głupotę tej tchórzofretki. Skąd on bierze takie pomysły?! Nie rozumiała w ogóle jego zachowania. Dobra, jest z rodziny Malfoyów, ale to i tak go nie usprawiedliwia. Szczerze nienawidziła rodziny Malfoyów. Może Draco się zmienił, ale jego rodzice dalej służą Voldemortowi. Z tą rodziną ma same złe wspomnienia. Najświeższym jednak jest to, jak Draco miał ją zabić w Malfoy Manor. Właśnie, Malfoy Manor!
            – Wiem, gdzie może być Draco – powiedziała nagle szatynka.
            Przyjaciel nic nie mówił, dając jej do zrozumienia, że ma kontynuować.
            – Pomyśl. Gdzie mnie zabrali, po tym, jak wyszłam z domu? Do Malfoyów! Przecież to oczywiste! – Poczuła się, jakby dokonała przełomowego odkrycia.
            Harry chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu krzyk Suzanne. Hermiona bez zastanowienia pobiegła do góry. Wpadła do pokoju. Na łóżku zastała zapłakaną dziewczynkę. Od razu mocno ją przytuliła.
            – Koszmar? – zapytała szatynka, głaszcząc dziecko po włosach.
            – Gdzie jest Draco? – Wycierała dłonią łzy.
            Hermiona była w kropce. Z jednej strony nie chciała okłamywać Suzanne, ale wiedziała, że jeśli pyta się o Malfoya, coś się wydarzyło, a on musiał brać w tym udział. Nie miała zielonego pojęcia w jaki sposób, ale intuicja jej tak podpowiadała.
            – Nie ma go – wyznała.
            Dziewczynka zbladła i lekko otworzyła usta. Wyglądała, jakby zaraz miała paść na zawał.
            – Hej, Suzanne, co się dzieje? – pytała zmartwiona Hermiona. Patrzyła dziecku prosto w szare oczy.
            Suzanne wpatrywała się pustym wzrokiem prosto przed siebie, w ścianę.
            – Co ci jest? Hej, co się dzieje? – Potrząsnęła ramieniem dziewczynki, ale to nie wyrwało jej z głębokiego transu.
            Zarówno Harry, jak i Hermiona zmartwili się, co się stało z kasztanowłosą. Trwała tak przez kilka minut. Jakby pogrążyła się w głębokiej hipnozie. Niespodziewanie się ocknęła i rzuciła twarzą w poduszkę z takim impetem, że materac łóżka aż skrzypnął.
            Gryfoni spojrzeli na siebie. Spojrzenie Hermiony wyrażało głębokie przerażenie, natomiast Harry’ego głębokie zaskoczenie, a jednocześnie rozmyślanie nad czymś. Nie wiedzieli, co mają robić w tej sytuacji, jednak Wybraniec się przemógł i przykucnął przy łóżku szlochającej dziewczynki, a następnie przemówił:
            – Suzanne, spokojnie. – Próbował ją uspokoić, chociaż to nie podziałało. Harry nie jest najlepszym pocieszycielem. – Możesz nam wytłumaczyć, co się stało?
            Szarooka powoli podniosła się do pozycji siedzącej i wytarła łzy wierzchem dłoni.
            – B-bo ja… Widziałam D-Draco – wymamrotała. – Widziałam, jak go… - Głos znowu jej się załamywał.
            – Dobrze, czyli mamy rozumieć, że coś mu się stało? Tak? – pytała łagodnym głosem szatynka. Dziewczynka w odpowiedzi pokiwała twierdząco głową. – To tylko koszmar, Suzanne – powiedziała szatynka i przygarnęła kasztanowłosą do siebie.
            – Nie, to nie koszmar! – Oburzyła się szarooka, wyrywając z objęć szatynki. – Widziałam to! To nie mógł być sen! To było zbyt realistyczne. – Jej głos stopniowo się uspokajał. – On, on…
            – Dobrze – przerwała Hermiona Suzanne. – Opowiesz nam, co się stało?
            Chciała się dowiedzieć, co ją tak dręczy. Nie wiedziała czemu, ale wierzyła w słowa kasztanowłosej. Obdarzyła sympatią tę małą dziewczynkę.
            – No, on był w takich… - Zastanowiła się chwilę. – Lochach. Ściany z cegieł i kraty. J-jakiś czarodziej go bił i później wszedł jeszcze jeden, miał taki długi kij. – Pokazała rękoma jego długość. – I blond włosy. Wszedł jeszcze następny. Jakoś się do niego zwracał… – Próbowała sobie przypomnieć. – Severus!
            – Dobra, już wystarczy. Bardzo ci dziękujemy. – Uśmiechnęła się do Suzanne Hermiona. – Odpocznij sobie.
            – Nie jestem zmęczona – wyznała.
            Zarówno Hermionę, jak i Harry’ego zdziwiły słowa szarookiej. Dobra, spała kilkanaście godzin, ale dziwne było, że po tym wszystkim nie odczuwa zmęczenia.
            – Na pewno? – zapytał Harry. – Może jeszcze chwilę odpoczniesz.
            – Nie, naprawdę nie muszę. – Patrzyła się na Wybrańca swoimi szarymi oczyma.
            – To chodź. – Szatynka podała jej dłoń.
            Szybko zeszli na dół i zasiedli do stołu.
            – Nie jesteś głodna? – zapytał Harry.
            Ta w odpowiedzi pokiwała przecząco głową. Następnie spojrzał na przyjaciółkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
            Do około szesnastej planowali, co mogą zrobić, żeby odbić Draco. Hermiona nie miała zielonego pojęcia, co mogli zdziałać, ale Harry powiedział, że nie mogą siedzieć bezczynnie. Od kilku tygodni Malfoy im towarzyszy, więc nie mogą go tak zostawić. Wybraniec postanowił, że teleportują się przed dom Malfoyów, do środka nie mogli. Bez wątpliwości posiadłość chroniona była zaklęciami takimi, jakie nałożone są na Hogwart. Nie można się teleportować z niego ani doń.
            Nagle Harry gdzieś wybiegł. Wychyliła głowę, żeby zobaczyć, co robi, ale nie zobaczyła. Wstała cicho od stołu i stanęła przy futrynie. Z zaskoczeniem usłyszała, jak ten mówi coś. Dokładnie nie zrozumiała, ale brzmiało to na kształt: „Zjawcie się tam za pół godziny”. Ufała przyjacielowi, ale trochę ją zabolało, że jej o tym nie powiedział. Chyba wie, co robi. Kiedy zauważyła, że już skończył mówić, wróciła do kuchni i ponownie zasiadła przy stole. Suzanne patrzyła na nią niepewnie, a ta w odpowiedzi słabo się uśmiechnęła. Do kuchni wszedł zielonooki.
            – To jak, Hermiono, jesteś gotowa? – zapytał z udawanym entuzjazmem. Nie chciał martwić dziewczynki, chociaż dobrze wiedział, że nie wszystko może się udać. Ba! Jego plan był słabo obmyślany i szli na żywioł.
            – Tak. – Skłamała. W rzeczywistości nie chciała wracać do tego domu. To jedno wspomnienie, które towarzyszy jej od kilku tygodni, nie daje jej spokoju. Czasami myśli, czy nie rzucić na siebie Obliviate i zacząć wszystko od nowa – bez żadnych trosk. – Suzanne – podeszła do dziewczynki – proszę, zostań tutaj i nikomu nie otwieraj. – Patrzyła na nią troskliwym spojrzeniem. Zabezpieczy dom zaklęciami, więc raczej nikt tu nie wejdzie. – Wrócimy za parę godzin. – „Albo dni”, dodała w myślach, a następnie przytuliła Suzanne. – Do zobaczenia. – Ujęła jej drobną dłoń, a później puściła i podała ją Harry’emu. Ten posłał tylko obu pokrzepiający uśmiech i teleportował siebie i przyjaciółkę przed Malfoy Manor.
            Szatynkę, gdy zobaczyła posiadłość, przeszedł nieprzyjemny dreszcz. „Dobra, Hermiono, weźże się w garść”, skarciła się w myślach i wzięła głęboki oddech.
            Schowała się z przyjacielem w krzakach przed domem. Czekali, aż ktoś będzie wchodził. Na ich szczęście pojawił się Yaxley.
            Cicho weszli za nim. „To wszystko jest jakoś za proste”, myślała Hermiona.
            – I co teraz? – zapytała szeptem.
            – Chodź za mną – powiedział i machnął za sobą ręką Harry, wskazując, w którą stronę mają iść.
            Przechodzili przez krzaki, żeby nie zwrócić czyjejś uwagi. Oni byli tylko we dwoje, a pewnie w posiadłości roiło się od Śmierciożerców. Hermiona rzuciła na nich zaklęcie kameleona, a w razie czego, zielonooki zabrał ze sobą jeszcze pelerynę niewidkę. Przedzierając się przez krzaki, szatynka się potknęła, ale przyjaciel w ostatniej chwili ją złapał. Yaxley obrócił się w ich kierunku i podszedł sprawdzić, co się dzieje. Ci nerwowo wstrzymali oddech.
            – O nie – szepnęła pod nosem Hermiona.
            Przyjaciel złapał ją za dłoń, dodając jej tym gestem otuchy. Przygryzła nerwowo wargę. Harry zwrócił uwagę na kamień leżący koło jego nogi.
            – Wingardium Leviosa – mruknął, a kamień przeleciał obok nogi Yaxleya i zaszeleścił w krzakach po drugiej stronie. Ku ich uciesze Śmierciożerca poszedł w przeciwnym do nich kierunku, a oni mogli na te kilka minut, odetchnąć z ulgą.
            – Zwijajmy się – szepnął Wybraniec do Hermiony.
            Oboje ruszyli naokoło domu. Natrafili tam na kilka rzeźb. Jedna przedstawiała jakiegoś mężczyznę. Leżał, opierając się na łokciach, a jego usta były lekko rozwarte, jakby błagał kogoś o litość. Dziewczyna wpatrywała się w posąg. Wyglądał na taki ludzki.
            – Hermiono, chodźmy.
            Następnie szatynka zauważyła małe okienka od piwnicy, przez które można dostrzec, co tam jest. Zaglądała uważnie przez kraty. Suzanne mówiła, że Draco jest w jakimś obskurnym pomieszczeniu z kratami. Tylko to miejsce jej się tak kojarzyło. Nie chciało jej się wierzyć, że gdzieś w mieszkalnej części domu zrobili lochy.
            Przeczucie jej nie zmyliło. Już w czwartym okienku dostrzegła Draco. Na jego koszuli widniały plamy krwi, jedne świeższe, drugie już lekko zakrzepłe. Musieli go ostro męczyć. Pierwszą myślą, która wpadła do głowy dziewczyny, było to, że już nie żyje, jednak kiedy się przypatrzyła, dostrzegła, że klatka piersiowa chłopaka lekko się unosi. Nie wiadomo czemu dodało jej to otuchy.
            Skradali się, aż doszli do drzwi z tyłu domu. Jak się spodziewali, były obstawione trzema Śmierciożercami. Nie wiedzieli za bardzo, co zrobić. Na szczęście schowali się pod peleryną niewidką, więc mogli improwizować. Hermiona na początek za pomocą różdżki zdjęła jednemu maskę. Okazało się, że to Rookwood. Miał twarz delikatnych bliznach i czerwoną plamą pod okiem. Chyba jest to jeszcze pamiątka, od kiedy wpadł w jakiś trujący krzak, podczas gdy ojciec Draco i inni atakowali ich w domku letniskowym. Tak, to na pewno stąd się wzięła.
            Pozostała dwójka próbowała złapać maskę, jednak nie wychodziło im to. Szatynka wykonywała jak najbardziej zawiłe ruchy, żeby utrudnić im tę czynność i udawało jej się to. Lekko się uśmiechała na widok skaczących Śmierciożerców. Wiedziała, że nie powinna się śmiać, ale uśmiech sam cisnął się na jej usta. Skończyło się na tym, że ci dwaj powpadali na siebie, a podczas zderzenia uderzyli tak mocno, że stracili przytomność. Nie sądziła, że pójdzie aż tak łatwo. To wszystko było wręcz niemożliwe. Harry wykorzystał manewr, którym wcześniej zmylił Yaxleya – rzucił kamień w drugą stronę, a Rookwood ruszył, żeby sprawdzić, co się dzieje.
            Gryfoni podczas jego nieuwagi szybko weszli do środka. Teraz to już do końca wpakowali się w paszczę lwa. Kiedy weszli zastali jakąś Śmierciożerczynię. Charakteryzowały ją krótkie blond włosy i prawie jak węgiel czarne oczy. Chodziła w tę i z powrotem, sprawdzając, czy ktoś nie idzie.
            Hermiona i Harry trzymali się blisko ściany. Czasami minęli jakiś stolik, na którym poustawiano różnego rodzaju bibeloty. Najbardziej jednak problematyczny był portret jakiegoś starca. Miał jasne blond włosy do ramion, a jego oczy miały szarą barwę. Z pewnością był to jakiś członek rodziny Malfoyów. Starzec rozglądał się we wszystkie strony, wypatrując niechcianych gości. Nie wiadomo dlaczego, nagle zniknął.
            – Harry, pospieszmy się – szepnęła mu do ucha szatynka, patrząc nań panikującym wzrokiem. Nie była za tym, żeby tutaj się udać.
            To jej przyjaciel uparł się, żeby odbić Malfoya. Nie rozumiała jego zachowania, jednak zarzekła się, że mu pomoże, więc nie chciała się wymigiwać od obietnicy.
            Ku ich zaskoczeniu w drodze do lochów, nie zastali żadnego Śmierciożercy. Szatynka przeczuwała, że nie wróży to niczego dobrego. Coś po prostu musiało być nie tak. To wszystko nie trzymało się kupy. Przecież w domu obstawionym od stóp do głów Śmierciożercami niemożliwe było, żeby ktokolwiek nie zauważył czegoś podejrzanego. Chociażby Rookwood, przecież widział, jak jego maska gdzieś odlatuje. Może po prostu jest taki tępy.
            Kręcili się po Malfoy Manor w tę i z powrotem. Zbyt dużo tych korytarzy. Cała posiadłość była jakby jednym wielkim labiryntem. „Tu się można zgubić”, myślała Hermiona, rozglądając się za jakimś przejściem. Jej uwagę przykuła wielka biblioteczka. Nie zdziwiła się tak ogromnym skupiskiem książek. Prawie wszystkie poustawiane były równo, tylko jedna lekko wystawała. Miała czerwoną okładkę ze złotym napisem na grzbiecie „Eliksiry na wroga”. Dreszcz przebiegł po plecach szatynki. Szarpnęła lekko przyjaciela za skrawek bluzy i pociągnęła w stronę książki. Sprawdziła jeszcze, czy nikt nie idzie. Na dosłownie pięć sekund wyszła spod peleryny niewidki; wyciągnęła książkę i ponownie schowała się u boku Harry’ego. Biblioteczka rozsunęła się, ukazując w ten sposób długie schody prowadzące na dół.
            Nie zastanawiając się ani chwili ruszyli po nich. Dalej schowani byli pod peleryną Wybrańca. W sumie to nie dawało im aż tak wielkiej przewagi. Ba! Voldemort mógł użyć legilimencji i wejść do umysłu Harry’ego, a wtedy cały plan wziąłby w łeb, a i tak prawdopodobieństwa ich jest duże.
            Po drodze natknęli się na kilka gargulców. Dziewczynie wydawało się, że te patrzą prosto na nią i przyjaciela, jednak zachowała spokój. Schody pokonali szybko. Już po kilku minutach byli na dole.
            Ku ich zaskoczeniu celi pilnował Glizdogon. Harry’ego ogarnęła wściekłość. Nie umiał wybaczyć Peterowi zdrady. Miał ochotę rzucić na niego jakąś paskudną klątwę, chociaż takowych prawie nie znał. Kiedyś obiły mu się może z dwie albo trzy o uszy, ale nigdy nie miał potrzeby, aby je zastosować.
            Hermiona złapała przyjaciela za ramię, ale ten ogarnięty rządzą zemsty, wyszedł spod peleryny. Może Harry’emu wydawało się odpowiednią chwilą, żeby zemścić się na Glizdogonie. Szatynka również wyszła spod peleryny. Tymczasem Wybraniec przyłożył Peterowi różdżkę do gardła. Była pewna, że jej przyjaciel mu coś zrobi. Nigdy nie widziała takiego gniewu w oczach Harry’ego.
            – Zdradziłeś moich rodziców. – Zmrużył oczy Wybraniec.
            Pettigrew tylko głośno przełknął ślinę.
            – Proszę, nie zabijaj mnie – powiedział piskliwym głosem.
            Stali w takiej pozycji kilka minut. Harry toczył w swojej głowie walkę czy zabić, czy po prostu zostawić tego śmiecia. Opuścił różdżkę.
            – D-dziękuję – wysapał Glizdogon, łapiąc za bluzę zielonookiego.
            – Nie dotykaj mnie. – Zmierzył go pogardliwym wzrokiem Harry. – Pokaż nam, gdzie jest Draco.
            Ten stał chwilę jak wryty. Pewnie toczył wewnętrzną walkę. Żadne rozwiązanie nie było dla niego dobre. Pierwsze – pokazać Potterowi, gdzie jest Malfoy, a w efekcie zginąć z rąk Czarnego pana, a drugie – nie pokazać mu, tylko wezwać Śmierciożerców, co również skończyłoby się jego śmiercią, tyle że z rąk syna jego dawnego przyjaciela.
            Trzęsącymi się dłońmi wziął klucze do cel. Szedł na trzęsących się nogach. Tak, jak Hermiona wyliczyła, poprowadził ich do czwartej celi tylko od końca. Leżał tam Malfoy w zakrwawionej koszuli. Chyba odzyskał przytomność, ponieważ lekko uchylił oczy i mruczał coś niezrozumiałego pod nosem. Harry i Hermiona złapali go tak, żeby szedł oparty o nich. Nakryli się jeszcze peleryną niewidką. Szatynkę zaskoczyło, że we trójkę zmieścili się pod nią.
            Glizdogon stał i na pierwszy rzut oka widać, iż coś było nie tak.
            – W nogi! – krzyknął za nimi.
            Pewnie Śmierciożercy już wiedzą. Starali się iść szybciej, ale Draco im to utrudniał. Teraz nie mogli go zostawić. W sumie to Malfoy nie szedł na swoich nogach, tyle Gryfoni po prostu go ciągnęli. Problematyczne okazało się wciągnięcie blondyna po schodach.
            Hermiona wyciągnęła różdżkę.
            – Wingardium leviosa – mruknęła.
            Gargulce odleciały. Pewnie powiadamiają już Śmierciożerców, że są w Malfoy Manor. Przyspieszyli kroku. Teraz wszystko szło o wiele lepiej. Usłyszeli jeszcze z dołu:
            – Avada kedavra!
            Po tym do ich uszu doszedł jeszcze przeraźliwy krzyk. Coś upadło. Bez wątpienia było to ciało Glizdogona. Hermionie zaszkliły się oczy. Nigdy nie była obojętna na krzywdę ludzką, a czyjeś zabójstwo po prostu niszczyło ją od środka. Weszli na górę. Czekało tam na nich chyba z siedmiu Śmierciożerców. Dostrzegła tam Lucjusza Malfoya i Yaxleya. Reszty nie znała. Rzucili się w ucieczkę. Biegli ile sił w nogach.
            Nagle ktoś uderzył Hermionę Drętwotą. Rozpoznała tam kobiecy głos. Bellatrix Lestrange. Zaśmiała się szyderczo.
            – Dawno się nie widziałyśmy, szlamo. – Uśmiechała się zwycięsko, ale jej uśmiech na twarzy przepełniony był szaleństwem. – Avada Kedavra!
            Szykowała się już na ugodzenie jej zaklęciem. Była gotowa stanąć przed śmiercią oko w oko. Zamknęła oczy. Jej oddech był miarowy, a usta nie wyrażały ani to uśmiechu ani smutku.
            – Protego! – krzyknął jakiś znajomy Hermionie głos.

Rozdział betowała Sovbedlly [klik]. Dziękuję! :) 

Hej, kochani :)
Niespodzianka! ;D W końcu przychodzę do was z kolejnym rozdziałem :D Przepraszam was bardzo, że tak długo go nie było, ale trochę skręciłam sobie rękę i nie za bardzo miałam jak pisać :/
Mówiłam również, że rozdział nie pojawi się w tym tygodniu, jednak poprosiłam siostrę cioteczną, żeby przepisała mi go. Po prostu dałam jej kartkę z moimi wypocinami, a ona przeniosła te słowa do worda. Dziękuję! Gdyby nie ona, rozdział by się nie pojawił.
Co do rozdziału... Pisało mi się go naprawdę fajnie (pomijając fakt wszelkich kreśleń na kartce :P). Jak teraz chodzimy już prawie miesiąc do szkoły, była to fajna odskocznia od tego wszystkiego ;) Wydaje mi się, że wyszedł trochę dłuższy od pozostałych.
Aha, zapraszam was bardzo serdecznie do założonego przeze mnie Katalogu [klik] :)
I najważniejsze na koniec. Chciałam wam bardzo podziękować za 5000 wyświetleń i przemiłe komentarze pod ostatnim rozdziałem i informacją. Jesteście super :) Jeszcze raz wam bardzo dziękuję :D
To już chyba wszystko, co mam wam do przekazania ;)
Jeśli rozdział wam się podobał, zostawcie po sobie ślad w postaci komentarza. Każdy motywuje do dalszej pracy :)
Pozdrawiam! :D

P.S. Jak wam mija rok szkolny? Ja mam wrażenie, że zamiast chodzić miesiąc, chodzę tam już z rok xd 

14 komentarzy:

  1. Rozdział jak zwykle świetny :)
    Jejku, Hermiona uratowana Mam nadzieję, że przez Draco *.*
    Wiem, że szkoła umie wykończyć. Znam te uczucie xD.
    Czekam na następny :)
    All the love xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ^^
      Nie zdradzę, kto uratował Hermionę. Trzeba poczekać do następnego rozdziału ;)

      Usuń
  2. Heyo!
    Suzanne! <3 Ona jest taka kochana :D I jeszcze na dodatek powiedziała, gdzie jest Draco! Aż się zaczęłam zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest Suzanne Trelawney.
    Ja uważam, że to nie Draco ją uratował. Nie miał sił chodzić, a co dopiero rzucać zaklęć. Ja bym odstawiala Harry'ego albo Voldemorta, który chciałby zabić Pottera :v (wyobraźnia działa xd)
    Malfoyowie powinni przedstawiać oddzielną rasę :P No wiesz, żyć jak Malfoy, inteligencja jak Malfoy. Dupkowatosc jak Malfoy xD
    Czy w twoim opowiadaniu pojawi się Teodor Nott? Bo mam ostatnio na niego zajawkę xD
    Pozdrawiam i weny życzę!
    CanisPL

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :D
      Tego, co chcę napisać, chyba nikt się nie spodziewa ;) Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, to niech oczywiście pisze. Chętnie poczytam różne teorie ;)
      W tekście jest o tym napomknięte. Nie powiem, w którym momencie. Może nie do końca w zrozumiały sposób, ale jest ;)
      Co do Teodora, to raczej nie przewiduję jego postaci. Ewentualnie może gdzieś się przewinie jego postać, ale na razie nie :P
      A Malfoyowie to... Malfoyowie xD
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Rozdział bardzo fajny. :) Lekko i przyjemnie się go czytało :).
    Oczywiście, jestem ciekawa kto uratował Mionę, mam nadzieję, że szybko pojawi się rozdział z wyjaśnieniem.
    Pozdrawiam serdecznie!
    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :)
      W następnym rozdziale się to wyjaśni ;)
      Cieszę się, że rozdział się podoba :D
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. No hej!
    Muszę przyznać, że końcówka zaskakująca i trzymająca w napięciu. Nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na next :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :D
      Miałam dopisać resztę jeszcze w tym rozdziale, ale po dłuższych rozważaniach stwierdziłam, że zostawię sobie napisanie tego w dziewiątym ;)

      Usuń
  5. W końcu dotarłam! Wybacz za zwłokę! Rozdział świetny, a przede wszystkim końcówka. Nie sądziłam, że Harry zabije Glizdogona (ale w końcu mu się należało). I ciekawa jestem, cóż to za głos ją uratował.
    _______________
    Pozdrawiam,
    Devi
    Zapraszam do siebie na kolejny rozdział

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :)
      Tutaj drobne wyjaśnienie: Harry nie zabił Glizdogona.
      A końcówka wyjaśni się w następnym rozdziale. ;)

      Usuń
  6. W końcu znalazłam chwilę czasu i weszłam na Twój blog.
    Już wcześniej weszłam na bloga i postanowiłam przeczytać rozdział ale zawsze coś stało mi na drodze.
    W końcu znalazłam chwilę czasu i o to jestem.
    Przeczytałam jednym tchem.
    Dosłownie mnie zaskoczyło.
    Końcówka była fenomenalna. Moment ostrej walki i wybawiciel na końcu..
    Kto to może być czyżby Malfoy?
    Muszę przyznać szczerze że zaskakujesz mnie.
    Podoba mi się Twój rozdział który ma w sobie sporo uroku i inteligencji pisarza.
    Barwne opisy i dopracowane dialogi.
    Naprawdę mi zaimponowałaś gdyż cała historia jest niezwykle dojrzała a to właśnie lubię.
    Nie jakieś barwne banialuki a odpowiedzialny i dojrzały tekst jaki znalazłam u Ciebie.
    Należą Ci się szczere gratulacje i aby tak dalej.
    Pozdrawiam mocno!

    [www.pokochac-lotra.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci za komentarz :)
      Gdy go czytałam, z mojej twarzy nie schodził uśmiech. :D
      Czy historia jest dojrzała? Sama nie wiem... Czasami wydaje mi się, że właśnie tego w niej brakuje.
      Naprawdę cieszę się, że opowiadanie ci się podoba :)
      Również pozdrawiam!

      Postaram się zajrzeć na Twojego bloga ;)

      Usuń
  7. Cześć!
    W końcu mi się udało, przepraszam za katastrofalne opóźnienie, ale z niczym ostatnio nie potrafię się ogarnąć. :/
    Suzanne jest naprawdę bardzo ciekawą postacią. Jestem ciekawa, o co chodziło w jej śnie i dlaczego dziewczynka aż tak bardzo się przestraszyła.
    To bardzo kochane ze strony Hermiony, że zgodziła się z nią zostać. :)
    Ech, Malfoy wymyślił wyjście do sklepu i tylko im kłopotów narobił. Mam nadzieję, że szybko go odbiją.
    Suzanne mnie zadziwiła... Jeju, czy ona ma jakiś dar do wizji, czy coś? Jakim cudem potrafiła im powiedzieć, gdzie może być Malfoy i kto tam w ogóle był?
    Och.
    Widzę, że uśmierciłaś Glizdogona inaczej niż w serii, ale szczerze Ci powiem, że ani trochę mi to nie przeszkadza, haha. Nienawidzę gnidy, więc cieszę się, że tak czy siak już go nie ma.
    O losie. Jestem naprawdę ciekawa, kto rzucił zaklęcie tarczy. Malfoy raczej nie, skoro jest tak poturbowany... Nie mogę się doczekać nowego rozdziału!
    Życzę mnóstwa weny i pozdrawiam serdecznie! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :D
      "Dar" Suzanne to kwestia, która wyjaśni się w przyszłych rozdziałach.
      Mogę obiecać, że wyjaśnienie końcówki zadziwi wszystkich, a jeżeli ktoś odgadł, kto uratował Hermionę, to naprawdę mu gratuluję. Jak wcześniej wspomniałam, jest o tym napomknięte w rozdziale, może nie do końca w sposób zrozumiały, ale jest. ;)
      Również pozdrawiam!

      Usuń