31 października 2016

Dziesiąty rozdział

Supergirl

Luna rozglądała się po wielkim pomieszczeniu. W oczy rzucały się duże okna, dzięki którym w sali przepełnionej tłumem czarodziei stawało się nader jasno. Gdyby nie ten przepych ludzi można by uznać to miejsce za naprawdę przyjemne, jednak w obecnej sytuacji do przyjemnych nie należało, gdy ktoś dyszy nad karkiem lub potrąca kogoś, za powód podając spóźnienie czy innego rodzaju wymówki. Chyba tylko to upodabniało Ministerstwo Magii w Stanach Zjednoczonych do tego w Anglii. Oprócz tego panował tam ład i porządek. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu, a pracownicy siedzieli w swoich biurach, które widać było na pierwszy rzut oka dzięki szybom, które pozwalały zobaczyć, co obecnie robią. Wielkie schody prowadziły na górę, zaś w wielu miejscach znajdowały się zaczarowane skrzynki, które sprawiały, że listy od razu lądowały w dłoniach adresata. Ministerstwo prezentowało się nowocześnie, jednak znajdował się jeszcze jeden istotny szczegół różniący to od Londyńskiego – windy, a konkretniej jedna winda.
            Spojrzał na swoje dłonie i zauważył, że są o wiele szczuplejsze niż wcześniej. Pewnie eliksir wielosokowy już stracił swoją moc, o czym świadczył również prawdziwy wygląd Luny.
            – Jak oni się tam mieszczą? – zapytał retorycznie blondyn, widząc masę czarodziei, która właśnie pakowała się do tego małego pomieszczenia, które miało zawieźć ich wszystkich na górę.
            – Jest zaczarowane – odparła Luna. Czytała o tym kiedyś w jakiejś książce, którą dostała od taty. Podarował ją jej w trzynaste urodziny, a Panna Lovegood tak zaabsorbowała się lekturą, że nie mogła się od niej oderwać.
            Rzucił jej pytające spojrzenie, ale ona widocznie tego nie zauważyła, jakby myślami była zupełnie gdzieś indziej.
            – To, co teraz? – zapytał Draco. Podobno Luna miała wiedzieć, jak dostać się do tej czarownicy posiadającej antidotum na jad chimery, ten, który płynie w żyłach Hermiony.
            – Musimy wyjść z ministerstwa. – Pognała w stronę przeciwną do wielkich schodów. Właśnie idąc po nich, kierowało się do wyjścia.
            Draco zdezorientowany zachowaniem Krukonki, nie mając większego wyjścia, udał się za nią. To ona wiedziała, gdzie mają iść. Na szczęście szybko szedł i ją dogonił. Znajdowali się przy dużo mniejszych drzwiach wyjściowych. Pewnie używali ich tylko pracownicy Ministerstwa.
            Luna otworzyła je. Oczom jej i Draco ukazało się wyjście do Nowego Jorku.
            Wszędzie wielkie bilbordy, masa żółtych taksówek i ludzi, a także stoiska z przeróżnymi przedmiotami i jedzeniem, których sprzedawcy krzyczeli, żeby podchodzić do nich. Było to bezsensowne przy tak wielkim hałasie, jaki wywoływały auta jeżdżące po ulicach, czasami przerywanemu klaksonami.
            Krukonka ruszyła w tylko sobie wiadomym kierunku. Draco chciał ją dogonić w tłumie ludzi, ale okazało się, że to wcale nie jest takie proste. Przeciskał się między nimi, gdy przechodnie niezadowoleni zachowaniem Ślizgona patrzyli na niego wrogimi spojrzeniami.
            Na chwilę zgubił Lunę. W tamtym momencie dziękował swojemu wzrostowi. Wyciągnął się na palcach i dostrzegł dziewczynę z jasnymi blond włosami. Popędził w jej kierunku.
            – Luna, wszędzie… - Nie dokończył.
            – Ja nie jestem Luna. Chyba mnie z kimś pomyliłeś. – Uśmiechnęła się przyjaźnie kobieta. Miała może trzydzieści lat.
            Blondyn zdezorientowany sytuacją, niewiele myśląc, wystrzelił w górę czerwone światło, wywołując w ten sposób niemałą panikę. Miał w dupie, czy przez to będzie mieć jakieś kłopoty. Zresztą znajduje się teraz w Ameryce, więc raczej Śmierciożercy nie udają się za nim aż tutaj.
            Ludzie rozbiegali się w różnych kierunkach byle tylko uciec.
            Zaklęcie, które rzucił Draco poskutkowało natychmiastowo.  Już kilkanaście sekund później u jego boku stała Luna.
            – Chodźmy. – Złapała jego koszulę i pociągnęła za sobą.
            Teraz przejście nie sprawiało im trudu. Na chodniku nie stał nikt oprócz Luny, Draco i jakiegoś mężczyzny, który ewidentnie był pod wpływem narkotyków i alkoholu.
            Czarodzieje omijali go szerokim łukiem tak, aby ich nie zaczepił. Nie mieli ochoty wdawać się w dyskusje z tym facetem. Szczęście im sprzyjało. Już nikt ich nie zaczepiał, a sami szli pogrążeni w ciszy.
            Weszli w jakąś ciemną alejkę i ku zdziwieniu Draco znajdował się tam bar, trochę przypominał Dziurawy Kocioł. Wydawał się równie obskurny.
            Luna uśmiechnęła się tajemniczo i szybkim krokiem szła w kierunku lokalu. Draco, nie chcąc jej zostawiać, poszedł za nią.
            Kiedy otwierali drzwi, te skrzypnęły tak, że wywołały nieprzyjemny dreszcz rozchodzący się po plecach Dracona.
            W środku nie było lepiej. Kilka stolików z obdrapanymi krzesłami rzucały się najbardziej w oczy, a zapach… O zapachu lepiej nie mówić. Śmierdziało stęchlizną. Na ścianach znajdował się grzyb. Za barem stał jakiś młody chłopak, na oko w wieku Luny. Wycierał szklankę, która o dziwo była czysta. Sam prezentował się dosyć dobrze i schludnie. Dopiero teraz Draco dostrzegł jakąś kobietę, która leżała twarzą na stole. Pewnie wieczorem odbywała się jakaś libacja alkoholowa, a ona przeholowała z trunkiem.
            – Cześć, Matt – przywitała się przyjaźnie Luna, siadając na jednym ze stołków barowych, które aż prosiły o to, żeby tego nie robić.
            – Och, Luna, cześć. – Zaskoczyło go pojawienie się Krukonki. – Co ty tutaj robisz?
            – Ach, mam do załatwienia kilka spraw. – Uśmiechnęła się subtelnie.
            Matt spojrzał znacząco na Draco, który przysłuchiwał się rozmowie chłopaka i Luny.
            – Ja tylko mu pomagam – wytłumaczyła dziewczyna.
            Barman pokiwał głową i zmierzył Malfoya spojrzeniem.
            – Nazywam się Draco Malfoy. – Podał mu dłoń.
            Ten ją niepewnie przyjął i nie spuszczał spojrzenia z twarzy blondyna.
            – Jestem Matt, Matt Williamson.
            Chłopaki puścili swoje dłonie, po czym nastała cisza. Draco to irytowało. Marnowanie czasu.
            – Co chciałaś tu załatwić? – Zwrócił się do Luny.
            – Właśnie, Matt, nie wiesz może, jak dostać się do Los Angeles.
            Malfoy wytrzeszczył oczy. Wiedział, że mają dostać się do Stanów, ale nie że na ich drugi koniec. Czy nie mogli się od razu tam deportować?
            – Co wy, u licha, chcecie z Los Angeles?
            – Nie twoja sprawa – syknął blondyn.
            Luna wpatrywała się wyczekująco w znajomego.
            – Na Empire State Building znajduje się miejsce, gdzie możecie się teleportować.
            – Dziękuję ci, Matt. – Luna cmoknęła go w policzek i wyszła z baru, nie żegnając się.
            Draco szybko ją dogonił. Zastanawiał się po drodze, jak tam mała istota może tak szybko chodzić. Oczywiście bez problemu ją dogonił, ale ktoś z gorszą kondycją od niego mógłby mieć problem.
            – To gdzie teraz? – zapytał Draco.
            – Tam. – Wskazała na najwyższy budynek w mieście.
            Znajdował się niedaleko nich. Draco aż zdziwiło, że to wszystko jest tak proste. Wystarczy, iż wejdą tam, teleportują się i pójdą po eliksir.
            Zatrzymali jakąś taksówkę i pojechali do Empire State Building.
            W środku prezentował się normalnie, nic niezwykłego. Wnętrze wyłożone płytkami, jakaś recepcja i dwie windy oraz klatka schodowa. Na nieszczęście Luny i Draco windy jeździły w tę i z powrotem, a do niej wchodzili coraz to nowi ludzie. Nie sposób było się do niej dostać. Wybrali klatkę schodową. Nawet nie wiedzieli, gdzie mają się kierować. Biegli prosto przed siebie.
            Uwagę Draco przykuła klapa w podłodze. Upewnił się, czy nikt go nie obserwuje. Otworzył ją i zeskoczył. Na dole panowały egipskie ciemności.
            – Lumos! – wypowiedział formułkę zaklęcia, a w pomieszczeniu zrobiło się jasno.
            Ze smutkiem stwierdził, że nie znajduje się tam nic oprócz tony kurzu, co najmniej dwudziestu szczurów i kilku kartonów. Już miał wyjść, gdy usłyszał jakiś trzask. Obrócił się za siebie i zobaczył jakąś kobietę. Miała krótkie blond włosy i zielone oczy. Była wątłej budowy.
            Uśmiechnęła się pogodnie do Draco, a ten zdezorientowany całą sytuacją podrapał się po głowie.
            – Och, ty pewnie pierwszy raz tutaj. – Podparła się dłońmi o biodra. – Musisz wejść do tego kartonu. – Wskazała na jedno z wielkich pudeł.
            Draco kiwnął twierdząco głową i zawołał do siebie Lunę. Ta ostrożnie zeszła.  Po kolei wykonali wskazówki, które podała im kobieta.
            Poczuli dziwne mrowienie w okolicach pępka.
            Znajdowali się w jakimś dużych rozmiarów pomieszczeniu. Na każdej ścianie znajdowały się miejsca do teleportacji. Całość prezentowała się nowocześnie, ale zachowała elementy, które świadczyły o wiekowości tego miejsca, na przykład starannie wyrzeźbione sklepienia.
            Większość kierowała się do miejsc teleportacji, więc Luna i Draco również to zrobili. Na szczęście można było przenosić się w kilka osób.
            Czekali na swoją kolej, która po chwili nastąpiła.
            – Nazwisko? – zapytał bez zbędnych grzeczności mężczyzna, który obsługiwał punkt teleportacji. Na nosie miał okulary, zaś jego górną wargę zdobił pokaźnych rozmiarów wąs.
            – Johnson Ethan – wypalił Draco. Imię znał, gorzej z nazwiskiem.
            Spojrzał znacząco na Lunę.
            – Ona jest niema – powiedział niespodziewanie Malfoy.
            Luna spojrzała na niego badawczo. Nie uzgadniali takiej wersji wcześniej, lecz postanowiła grać według jego zasad. Pokiwała energicznie głową, a następnie złapała się za gardło, pokazując, że nie potrafi mówić.
            – To jak się nazywa? – Zadał pytanie ponownie.
            – Veronica Johnson – odpowiedział Draco.
            Facet spojrzał na nich znad okularów i popatrzył to na Pannę Lovegood, to na Malfoya. Zmarszczył brwi, które swoją drogą były dość krzaczaste.
            – Dobra, właźcie – powiedział po chwili.
            Nie trzeba było im tego powtarzać. Wpakowali się do punktu i na magicznym panelu wybrali Los Angeles. Ku ich zdziwieniu nie poczuli tego dziwnego uczucia, które towarzyszyło w podczas teleportacji za pomocą różdżki lub w Londynie. Po prostu pojawili się w innym miejscu. Wyszli z budki telefonicznej, a ich oczom ukazało się Los Angeles.
            Pierwsze, co zwróciło ich uwagę to wysokie palmy, a także kabriolet z nastolatkami piszczącymi w niebogłosy, jakie to życie jest piękne. Popatrzyły na nich lekko zdziwione. W stanie Kalifornia jest naprawdę ciepło, a oni ubrali się w długie spodnie, kurtki, a pod spodem jeszcze swetry.  O dziwo w Nowym Jorku słońce tak nie grzało, co powodowało dość niską temperaturę.
            – Luna, gdzie mieszka ta baba? – zapytał Draco.
            – Calle street dwadzieścia dwa.
            Rozejrzeli się wokół siebie. Wszędzie pełno ludzi, gwar samochodów wszystko zagłuszał. Ściągnęli kurtki i swetry, zostawili jedynie luźne koszulki. Poczuli się zdecydowanie lepiej.
            Na szczęście na skrzyżowaniu znaleźli znak, który prowadził na różne ulice. Odnaleźli Calle Street i poszli w kierunku, który wskazywał. Wszystko szło jak po maśle. Doszli na szukaną przez siebie ulicę. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni numer i zgarnąć od tej czarownicy odtrutkę.
            Wzdłuż drogi po dwóch stronach stały domki, swoją drogą dosyć nowoczesne. Odszukali numer dwadzieścia dwa i zapukali do drzwi. Nie czekali długo. Już po chwili otworzyła im jakaś kobieta. Miała krótkie włosy, a w oczy rzucały się wytatuowane ręce.
            – Jeżeli reklamujecie jakieś pierdoły, to… – mruknęła, nawet nie widząc wcześniej, kto stoi w progu. Dopiero po chwili spostrzegła. – Luna? Co ty tu robisz?
            – Możemy wejść? – zapytał zamiast blondynki Draco.
            – Jasne – odpowiedziała cicho.
            W środku panował bałagan. Wszystko porozwalane. Wchodząc dalej, napotkali salon równie zagracony jak korytarz. Właścicielka szybko zgarnęła butelki po piwie i za pomocą różdżki sprawiła, że zniknęły. Na kanapę położyła jakiś koc.
            – Jejku, nie przedstawiłam ci się, Draco. Nazywam się Savannah Brewer – zaczęła szybko mówić, a następnie szybko dodała: 
  Usiądźcie. – Wskazała dłonią na mebel.
            – Postoimy – odpowiedział szybko Draco. Nie chciał sadzać tyłka na tej kanapie.
            – Jak chcecie. – Wzruszyła ramionami, ale widać po niej było, że głupio się poczuła. Z pewnością nie chciała mieć takiego bałaganu, kiedy przyjdą. – To, co się stało, że przyjechaliście aż tutaj? – Patrzyła na nich wyczekująco.
            – Potrzebujemy eliksiru – odrzekła Luna.
            Savannah zmarszczyła brwi, a następnie spojrzała zamyślona na dwoje czarodziei.
            – O który eliksir wam chodzi?
            – Odtrutka na jad chimery – odpowiedział Malfoy.
            Podeszła do półki z książkami i pociągnęła za tę w czerwonej okładce, grzbiet nie był podpisany. Przed Savanną ukazała się szafka, na której stały buteleczki z poszczególnymi eliksirami. Patrzyła po nalepkach na nich. W końcu wzięła jeden z zieloną do ręki, wstrząsnęła dość gęstą zawartością i wymamrotała coś pod nosem. Szukała kolejnego flakoniku. Tym razem w jej ręce trafił jakiś rzadki o różowej barwie. Zabrała jeszcze ze słoiczka kilka liści mandragory oraz słoiczek z jakimś proszkiem. Następnie wyciągnęła jedną większą butelkę z miarką i dodawała po kolei różowy eliksir, później zielony oraz listki mandragory, które uprzednio poszatkowała. Całość zmieniła swój kolor na fioletowy. Wszystkie czynności wykonywała w wyjątkowym skupieniu. Został jeszcze do dodania proszek. Potrząsnęła słoiczkiem i otworzyła go. Zajrzała jeszcze do środka. Wsypała szczyptę do flakoniku z wcześniej przygotowanym specyfikiem. Ze środka buteleczki uniósł się dym, który przyniósł niespecjalnie ładny zapach po pomieszczeniu. Ba! Był okropny. Skończyła tworzyć eliksir i podała go Lunie.
            – Proszę bardzo. – Uśmiechnęła się słabo.
            – Dziękujemy – odpowiedziała z uśmiechem, nie zauważając tego, jaki był Savanny.
            – Słuchajcie, eliksir należy podawać dwa razy dziennie, po kilka kropel, trzy albo cztery. Nie wolno przedawkować. – Na jej twarzy pojawiła się powaga,a ton głosu się na takowy zmienił. – Nie chcę was wyganiać, ale zmykajcie. Liczy się każda minuta. – Odprowadzała ich do drzwi. – Pozdrów swojego tatę, Luno. Ach! Pozdrówcie ode mnie wszystkich.
            – Do zobaczenia, Savanno – powiedziała na pożegnanie Luna.
            Byli już kilka metrów od niej, więc ta tylko im pomachała.
            – Jak się teraz dostaniemy do Londynu? – zapytał blondyn.
            – Od punktu teleportacji, tego w Nowym Jorku. Działa jak sieć fiuu.
            – On działa aż w Anglii? – dopytywał.
            – Tak, przeniesiemy się od razu na Grimmauld Place – powiedziała z powagą na twarzy.
            Draco tylko kilka razy widział taką minę na twarzy Luny.
            Problematyczne okazało się odnalezienie budki telefonicznej, z której się teleportowali, ale po kilku minutach poszukiwań znaleźli znak, który nakierował ich na odpowiednią ulicę, więc znalezienie miejsca do teleportacji było tylko kwestią paru minut.
            Musieli przenieść się jeszcze raz do Nowego Jorku, a później prosto na Grimmauld Place. Szybko wskoczyli do środka, zobaczyli czy nikt nie patrzy na nich i użyli teleportacji.
            Wyszli w tym samym punkcie teleportacji, w który wcześniej wchodzili, przy nim stał ten sam mężczyzna. Ku ich zdziwieniu miał w ręku różdżkę.
            – Brać ich! – krzyknął, a wokół punktu teleportacji pojawiło się z dziesięciu uzbrojonych czarodziei. Dwaj nosili  maski, nie trudno było się domyślić, że to Śmierciożercy.
            – Luna! Wybieraj szybko! – Wskazał na panel, a sam wyciągnął różdżkę. – Protego!
            Przed Draco pojawiła się duża tarcza, która osłaniała jego i Lunę, a do punktu teleportacji, który był dość mały, nie dostawały się żadne zaklęcia. Malfoy utrzymywał zaklęcie, jak najdłużej potrafił, ale nie należało to do prostych czynności. Musiał się nieźle skupić, żeby tarcza cały czas ich chroniła, co okazało się trudne, gdy dziesięciu czarodziei rzucało na nią zaklęcia.
            Luna przeszukiwała panel teleportacji. Szukała Londynu, nigdzie nie mogła go znaleźć. Patrzyła uważnie na przesuwające się nazwy miast. Jest! Znalazła Londyn. Wpisała inną ulicę, ponieważ pracownicy mogli sprawdzić, gdzie się ukrywają. Teleportacja zadziałała, a ich już nie było w Nowym Jorku. W końcu zakończyła się ta okropna eskapada.



            – Hermiono! Nie ruszaj się. – Prosił rozpaczliwie Harry. – Nie wolno ci.
            Panna Granger próbowała dostosować się do tego, co mówi jej przyjaciel, ale to wcale nie było takie proste. Żrący ból rozchodził się w jej brzuchu i klatce piersiowej. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Oczy miała mocno zaciśnięte, a po policzkach dziewczyny leciały łzy. Oddychała głęboko, próbując się uspokoić, po prostu nie umiała.
            – Na Merlina, Hermiono, proszę cię. – Harry był na skraju załamania. – Draco i Luna już niedługo tu przybędą z odtrutką.
            „Gadanie”, pomyślała Hermiona. Mówi to jej od kilku godzin, a oni się nie zjawiają. Oczywiście jest wdzięczna, że udali się po odtrutkę dla niej, ale pewność, iż zdążą wrócić, już jej nie pocieszała.
            Nagle oddychała płytko, a chwilę później coś uniemożliwiło jej to. Z nosa leciała jej krew. Harry podniósł ją tak, żeby krew nie spłynęła z powrotem, a Hermiona w efekcie się nią nie udusiła. Wiedział, że tym drobnym ruchem krzywdzi przyjaciółkę, ale jeszcze gorszym byłoby, gdyby tego nie zrobił. Uderzyła dłonią o łóżko, co okazało się złym posunięciem. Nagle żrący ból przeniósł się w to miejscem, a ta nie mogła ruszać ręką. Harry wycierał chusteczką krew spod jej nosa, żeby nie napływała jej do ust.
            Niespodziewanie ból ustąpił. Z nosa nie leciała już krew. Wysmarkała się, a na chusteczce pojawiły się czerwone plamy. Znowu oddychała normalnie. Czasami zdarzały się momenty, kiedy czuła się normalnie i ten jeden do nich z pewnością należał.
            Do pokoju chciała wejść Suzanne, ale Harry nie pozwolił jej wejść. Nawet Hermiona nie chciała, żeby oglądała ją w takim stanie.
            Harry próbował przetłumaczyć Suzanne, że nie może tam wejść, lecz ta nie chciała tego słyszeć, a próba w jakikolwiek sposób dostania się do Hermiony kończyła się fiaskiem. Wybraniec tak bardzo skupił się na rozmowie z dziewczynką, że nie zauważył, kto za nią stoi.
            – Cześć, Potter. – Uśmiechnął się ironicznie Draco. W ręku trzymał butelkę z odtrutką.
            Harry ze zdziwienia otworzył oczy.
            – Tak, jasne, wchodźcie. – Przesunął się w drzwiach, żeby zrobić miejsce do przejścia do pokoju. Suzanne wykorzystała sytuację i również wślizgnęła się do środka.
            Draco i Suzanne zdziwił wygląd Hermiony. Ona już nie wyglądała jak wcześniej – zapadnięte policzki, wychudłe ciało oraz cienie pod oczami. Jedyne, co pozostało po dawnej Pannie Granger to ciepłe, brązowe oczy, którymi wpatrywała się w Draco niosącego odtrutkę.
            Malfoy sięgnął po łyżeczkę i nalał na nią kilka kropel według zaleceń Savanny. Hermiona lekko otworzyła usta, a on podał jej odtrutkę. Po tym zamknęła oczy i poczuła nagłe zmęczenie. Ułożyła się do snu i oddała się w objęcia Morfeusza. Dawno nie spała już tak smacznie.
            W pokoju zostali jedynie Draco i Suzanne. Harry wyszedł, by jeszcze porozmawiać z Luną.
            – Jak myślisz? Wyjdzie z tego? – zapytała dziewczynka.
            Draco nie był pewny niczego. Miał cichą nadzieję, że Granger nic nie będzie, jednak skąd mógł wiedzieć, jak wszystko się potoczy. Przyszłość pozostawała jedną wielką niewiadomą.
            – Mam taką nadzieję. – Uśmiechnął się słabo. Jak na razie jej stan się jakoś nie poprawił. Jedynie spokojnie spała. Może to jakiś dobry znak.
            W pokoju nastała cisza. Nie była krępująca.  Trwali tak kilka minut.
            – Jak twoja noga? – zapytała po chwili Suzanne.
            Zaskoczyło go pytanie dziewczynki. Nikt nie pytał o jego stan zdrowotny i nie martwił się o niego. Szczerze mówiąc, nawet w natłoku wszystkich tych spraw zapomniał o swojej nodze. Spojrzał w szare oczy Suzanne.
            – Dobrze. – Pokiwał lekko głową.
            Wysunął dwa stołki spod łóżka Hermiony i usiadł na jednym z nich, a na drugim kazał usiąść Suzanne.
            – Dziękuję. – Uśmiechnęła się delikatnie.
            Znowu chwila ciszy. Draco nie łatwo nawiązywał nowe znajomości. Dobra, znali się już od miesiąca, ale nigdy nie przywiązywał dużej wagi do kontaktu z Suzanne.
            – A ty jak się czujesz? – zapytał również.
            – Może być. – Wzruszyła ramionami. – Bardzo szybko wróciliście. Skąd macie tę odtrutkę?
            Draco zauważył, że Suzanne bardzo szybko zmieniła temat, nie wnikał dlaczego.
            – Byliśmy w Los Angeles, u takiej jednej czarownicy.
            Ta ze zdumienia otworzyła szerzej oczy. Nikt nie informował jej dokąd idą Draco i Luna. Wpatrywała się w Malfoya wyczekująco. Pewnie chciała, aby opowiadał dalej. Draco szybko skojarzył, że dziewczynka chce, żeby kontynuował.
            Streścił jej całą historię. Zaczął od wizyty w ministerstwie, następnie opowiadał o Lowym Jorku, Los Angeles, skończywszy na powrocie tutaj. Suzanne słuchała wszystkiego bardzo uważnie. Widać było, że ją to ciekawiło. Czas mijał bardzo szybko. Ani się obejrzeli, a minęło już ponad pół godziny.
            Kiedy skończył opowiadać, Hermiona się obudziła.
            Oboje spojrzeli na nią. Wyglądała trochę lepiej, a przynajmniej zniknęły te okropne cienie pod oczyma. Podparła się rękami i usiadła. Był to dobry znak, stan dziewczyny się polepszał.
            – Długo spałam? – zapytała Hermiona.
            – Pół godziny. – Uśmiechnęła się Suzanne. Naprawdę cieszyło ją, że Gryfonce się polepszyło. Podbiegła do niej i mocno ją przytuliła. Przez te kilka godzin umierała ze strachu, że Hermionie może się coś stać.
            – Dobra, Suzanne, daj jej odpocząć, bo… – zaczął Draco, ale nie dokończył, widząc surową minę szatynki, a jej usta mówiły niesłyszalne „Zamknij się!”. Może i miała rację.
            Suzanne i Hermiona trzymały się w uścisku jeszcze kilka minut. Gryfonka powoli odsunęła od siebie dziewczynkę. Po policzku Suzanne poleciała jedna łza.
            – W porządku? – Spojrzała na twarz dziecka.
            – Tak. – Wytarła łzę.
            Panna Granger nie musiała się zastanawiać, że to łza szczęścia. Nie dziwiła się Suzanne. Sama by się bardzo martwiła, gdyby coś stało się dziewczynce.
            Suzanne wyszła z pokoju z lekkim uśmiechem na twarzy. Dwoje czarodziei odprowadziło ją wzrokiem.
            – Dzięki – powiedziała Hermiona do Draco.
            Zdziwiły go jej słowa. Nie chciał w sumie żadnych podziękowań, ale nie chciał wyjść na skończonego palanta i psuć tej chwili.
            – Nie ma za co, Granger.
            Wyszedł powoli z pokoju, w którym siedziała na łóżku Gryfonka. Odprowadziła go wzrokiem. Chwilę później sama rzuciła się na łóżko i zamknęła oczy, dając sobie chwilę, żeby odpłynąć myślami daleko stąd.


Za zbetowanie rozdziału dziękuję Sovbedlly [klik] :)

Hej, kochani :)
Za wami już dziesiąty rozdział. Ostatnio coś wszystko piszę na czas. I dobrze! ;D Jakoś znajduję dużo czasu na pisanie mimo nauki. :)
Chciałam wam bardzo podziękować za ponad 7000 wyświetleń. ;* Dziękuję!
Ach, napomnę jeszcze o temacie, o którym słychać od kilku dni - Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Co sądzicie o tej książce? Jakie wrażenia? Mi osobiście książka się średnio podobała. Miałam wrażenie, że zachowania bohaterów nie pasują do nich, ale może tylko mi się wydaje. :P Trochę na początku mi przeszkadzało, że to dramat, ale po kilkunastu stronach się jakoś przyzwyczaiłam.  Nie jest jakaś najgorsza, ale najwyższych lotów też nie jest. 
To tyle na ten temat.
Jeśli rozdział wam się podobał, nie zapomnij o zostawieniu po sobie śladu w postaci komentarza. Każdy motywuje do dalszej pracy. :)
Pozdrawiam! ^^

15 komentarzy:

  1. Rozdział fajnie ci wyszedł. Draco opiekuje się Mionką *.*
    Liczę na jakiś pocałunek z ich strony.
    Miałam sobie kupić "Przeklęte Dziecko" ale się powstrzymałam.
    Czekam na następny.
    All the love xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział się podoba. :)
      Na pocałunki jeszcze przyjdzie czas. ;)

      Usuń
  2. Rozdzialik bardzo przyjemny. Fajnie, że pokazałaś więź między Draco a Hermioną. Draco ma jakieś ludzkie odruchy? Ekstra!
    Dzięki za nominację! :)
    ________________
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie na rozdział piąty (wczorajszy-dzien.blogspot.com)
    Devi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że rozdział się podoba. :)
      No już chyba po tych dziesięciu rozdziałach wypadałoby, żeby Draco chociaż w jakimś stopniu okazał trochę człowieczeństwa. ;D
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Heyo!
    Cóż, zanim zapomnę, chcę powiedzieć, że jest Eliksir Wielosokowy, a nie Wieloskokowy. Ostatnio cały czas widzę te drugą formę i szlag mnie jasny trafia.
    Przechodząc do rozdziału - to było zbyt proste, aby Draco i Luna całkowicie bezpiecznie odbyli podróż. Zawsze musi się coś dziać, nawet w takiej misji.
    Trochę się martwię o tę kobietę, która przygotowała im eliksir. Wyglądała blado, jakby przez tę odtrutke zachorowała czy coś. Albo może to świadomość, że mogła coś wykonać źle? Sama nie wiem, ale myślę, że coś musi być na rzeczy.
    W ogóle nie wpadłam na to, że ten gościu co ich sprawdzał wyda Draco i Lune! Myślałam, że to chodziło bardziej o ich podobny wygląd, który mógł się nie zgadzać. Jestem zbyt wyczulona na takie rzeczy. Ciekawe, czy odegra jeszcze jakąś rolę w tym opowiadaniu...
    Z Harry'ego to jednak kiepski pocieszyciel. Na miejscu Miony najchętniej wypieprzylabym go z pokoju, żeby nie tracić nadziei na przeżycie. Po kilku godzinach zapewnień Pottera musiała mieć pewnie dość :/
    Wolę team Harry/Suzanne niż Draco/Suzanne. Jakoś tak bardziej ze sobą pasują, niczym brat obrońca i siostra panikarz. Może to też dlatego, że Draco okazał trochę człowieczeństwa, ale wciąż nie na tyle dużo, żeby był moją ulubioną postacią. To jeszcze nie ten czas.
    Ja chcę buzi-buzi! Ugh, dlaczego rozdział musi być dopiero za 3tygodnie? D:
    Gratuluję 7k! Może na 10k zrobisz jakąś niespodziankę? :D
    Przeklęte Dziecko czytałam i mi się bardzo podobało. Skumulowaly się moje ulubione wątki, przez co urzekło mnie za serce <3 Jedynie Rose jest... nie polubiłam jej. Kompletnie inne wyobrażenie o niej miałam. Ale ale, Scorose i nutka Dramione była! Teraz tylko pozostaje mi czekać na fanfiction z dalszą częścią xD Może w końcu więcej podróży w czasie będzie.
    Pozdrawiam i weny życzę!
    CanisPL

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie. Na komórce widzę, że zmienilas wygląd bloga. Może kiedyś wejdę na komputer i tam popatrze, jak wygląda to w wersji komputerowej, bo od zawsze byłam tego ciekawa. Ale to fajnie, bo zawsze lubiłam taki wygląd bloga.

      Usuń
    2. Hejo ;D
      Ojej, nie zauważyłam, że źle napisałam. Już poprawiam i dziękuję za wspomnienie o tym. ;)
      Draco i Luna nie mogli mieć za prosto, no nie? Coś po prostu musiałam tam wpleść, bo nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. xd
      Osobiście też uważam, że Hermiona powinna wypieprzyć Harry'ego z pokoju, ale cóż mogła zrobić.
      Na buzi-buzi jeszcze przyjdzie czas. ;) Spokojnie. :D
      A co do wyglądu bloga, to zmieniłam tylko ten na komórki, komputerowy został. ;) Wcześniej "zlewał" mi się tekst z kolorem tła i niewygodnie się to czytało, a teraz myślę, że jest lepiej. ;)
      A co do Przeklętego Dziecka, nie zdziwię się, jeśli za niedługo pojawi się w internetach jakiś fanfic z dalszymi losami. xD
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Hej! Dziękuję za powiadomienie :)
    Bardzo podoba mi się ten rozdział. Trochę się przestraszyłam kiedy w Nowym Jorku pojawili się Śmierciożercy, ale na szczęście Draco i Luna wyszli z tego cało :D
    Oby Hermiona szybko wyzdrowiała.
    Życzę powodzenia w dalszym pisaniu! :)
    Co do "Przeklętego Dziecka" to jakoś nie ciągnie mnie do przeczytania tego. Może kiedyś się przełamię i przeczytam.

    Pozdrawiam
    Meryem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział się podoba. :D
      Również pozdrawiam! :)

      Usuń
  5. Rozdział bardzo fajny. Przede wszystkim szybko się czytało, a to zawsze jest na plus.
    Scena, gdy Suzie popłakała się widząc Hermionę bardzo cieplutka i miła.
    Oczywiście uwielbiam troskliwego Draco ;).
    Wybacz, że tak krótko, ale czas niestety nie sprzyja mi w napisaniu dłuższej wypowiedzi!
    Pozdrawiam!
    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że rozdział się podoba. :)
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  6. No to ja zaczynam swój jakże obszerny monolog, bo mam sporo do powiedzenia.
    Od razu wspomnę, żeby nie było - nie jestem genialną pisarką, nigdy się tego nie uczyłam, nie jestem mistrzem stylistycznym itd. i nie mogę pod tym względem oceniać - ale mam małe zastrzeżenia, które mam nadzieje, przyjmiesz bardzo dobrze.

    Nie będę wyliczać, bo chodzi mi o całokształt rozdziału.
    To wszystko było zbyt... proste i banalne. Ja bym całą podróż na twoim miejscu dużo bardziej opisała. Miejsca, w których się znajdowali, jak sobie poradzili z trudnościami (a było ich zdecydowanie za mało jak na ten okres w świecie czarodziejów). Akcja toczyła się za szybko. Nagle są w ministerstwie, zaraz potem w Stanach, no nie mogę no... Nawet nie wyobrażasz sobie jak to wszystko można pięknie wzbogacić.
    Już nie wspomnę nawet z ją prostotą uzyskali ten eliksir. Powiedzieli, że go potrzebują, a ona bez pytań i jakiś udziwnień, zwyczajnie im wręczyła i za moment sobie poszli.
    Masz dobry pomysł na opowiadanie i nie zaprzeczę temu ani trochę, bo wszystko ma swój sens. Jednak nie mogę patrzeć na taki szybki rozwój, kiedy można zrobić z tego coś genialnego.
    Nie wiem czy tak tez było wcześniej, ale resztę rozdziałów przeczytałam jednym ciągiem, więc może to mi zastąpiło zwracanie uwagi na takie elementy.
    Proszę cię o jedno, skupiaj się na rozwijaniu tych wątków, bo jak dla mnie to duży błąd.

    Nie chce byś się na mnie obraziła w jakikolwiek sposób i jestem w stanie ci zaproponować jak mogłabyś to wzbogacić, by nikt nie myślał sobie, że to nie jest konstruktywna krytyka.
    Nie zaprzestaję czytać tego opowiadania, bo bardzo je lubię, ale proszę byś się jedynie zastanowiła nad moją wypowiedzią.

    #Nath

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na samym początku chciałam Ci powiedzieć, że żaden komentarz z konstruktywną krytyką mnie nie obraża. Przeciwnie, dobrze czasami coś takiego przeczytać, żeby wiedzieć, co można poprawić i nad czym popracować. ;)

      Rzeczywiście, jak teraz spojrzałam na całokształt wszystko może wydawało się zbyt banalne, a nawet może przewidywalne.
      Postaram się nad tym popracować, obiecuję.
      Nie będę tutaj szukać wymówek. Cóż mogę więcej powiedzieć? Po prostu to spieprzyłam.

      Dziękuję Ci za ten komentarz. Dał mi naprawdę wielkiego kopniaka, żeby trochę bardziej popracować nad tym opowiadaniem. ;)

      Usuń
  7. Cześć! :D
    Przepraszam za zwłokę, już jestem. Zacznę może od kilku słów o "Przeklętym Dziecku", bo jak od razu przejdę do rozdziału, to później zapomnę.
    Dzisiaj skończyłam czytać. Na początku książka mnie strasznie denerwowała, momentami przyprawiała o zawał, a na końcu rozryczałam się jak głupia. To jak Harry widział śmierć Lily i Jamesa, moment, kiedy Hagrid po niego przyszedł... Losie, jak ja ryczałam... Ogólnie książka w miarę, ale ja chyba nigdy nie potraktuję jej jako kontynuację. Po prostu niektórzy bohaterowie nijak nie pasowali do tych, których Rowling opisała w serii. U McGonagall brakło mi w pewnych momentach stanowczości i chłodnego uporu, u Snape'a wyrafinowania. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale nie po to tu jestem. :)
    Rozdział!
    Muszę szczerze przyznać, że trochę się zdziwiłam tą podróżą do NY bez przeszkód. Naprawdę to możliwe, żeby na nikogo się nie natknęli? Przecież tak naprawdę wojna nie toczyła się tylko w Anglii, ale w różnych miejscach świata. Takie to troszkę nierealne. Mimo to cieszę się, że Draco i Luna zdobyli tę odtrutkę. Hm, właśnie Luna. Nie wiem, czemu, ale zabrakło mi w niej troszkę tego rozmarzenia, infantylnego podejścia do różnych spraw. Rozumiem, że sytuacja wymagała powagi, ale mimo to Luna zawsze pozostawała lekko specyficzna. :)
    Aż mi łzy stanęły w oczach, jak przeczytałam o tym, jak Harry zajmuje się cierpiącą Hermioną. To było strasznie kochane. :c
    Ah, jeszcze do czegoś na chwilę wrócę. Punkty teleportacji? Dobrze wywnioskowałam, że w użyciu były jakieś urządzenia? Przecież czarodzieje nie potrzebowali takich pomocy, troszkę nie bardzo rozumiem, dlaczego nie mogli się gdzieś schować w kąciku, żeby żaden mugol ich nie widział i po prostu się teleportować.
    Mimo to rozdział był naprawdę przyjemny w czytaniu. :D Mam nadzieję, że nie będziesz na mnie zła za te słowa, chciałam Ci tylko zwrócić uwagę na pewne kwestię. :D
    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział i pozdrawiam serdecznie. <3
    PS. Zapraszam na nowy rozdział! :D
    for-one-more-chance.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Na początku chciałam powiedzieć, że nigdy nie jestem zła za jakieś uwagi. Przeciwnie, lubię, gdy czasami ktoś wytknie mi jakiś błąd, bo wtedy wiem nad czym jeszcze popracować. ;)
      Powiem szczerze, że sama po jakimś czasie uznałam, że rozdział wyszedł zbyt banalnie. Może mi się wydaje, może dobrze myślę... Nie wiem.
      W rozdziale chciałam, żeby Luna wyszła na taką ociupinkę bardziej poważną. Wiem, że to Luna, ale właśnie chciałam coś takiego zawrzeć.
      Ojej, nie sądziłam, że Harry zajmujący się Hermioną sprawi, że w oczach staną Ci łzy. ;)
      Punkty teleportacji to mój wymysł, który powstawał w mojej głowie jakiś czas temu. xD Ja wiem, że może czarodzieje wolą używać "tradycyjne" metody, w sensie różdżki, ale stwierdziłam, że to Ameryka, a tam mogło się coś takiego pojawić. ;)
      Jeszcze co do Przeklętego Dziecka, to mam podobne odczucia. Nawet mnie troszkę poruszyła śmierć Jamesa i Lily.
      Również pozdrawiam! :D

      Usuń