10 października 2016

Dziewiąty rozdział

Stand By You          

                Ku zaskoczeniu Hermiony nie trafiło jej zaklęcie. Otworzyła oczy i dostrzegła nad sobą Freda Wealseya. Z wrażenie aż otwarła usta. Oparła się na rękach.
            – Wstawaj. – Podał jej dłoń Fred. Nie docierało do niej, co się dzieje.
            Dopiero po parunastu sekundach doszedł do niej sens słów i tożsamość rudowłosego. „To chyba jakiś żart!”, myślała. Nie mieściło się w jej głowie, że to właśnie Fred Weasley ocalił ją przed śmiercią. I to jeszcze po tym wszystkim, co zaszło! Czuła się, jakby ktoś właśnie rzucił na nią jakieś zaklęcie, które powoduje majaki. Musiała dopiero złapać jego dłoń, by uwierzyć, że to naprawdę on.
            – Ale… - Nie dokończyła.
            – Nie pytaj, tylko chodź. – Schował ją za swoimi plecami, a sam celował w Śmierciożerców zaklęciami. Hermionie wypadła różdżka z ręki i nie miała za bardzo, jak ją złapać. Fred przytrzymywał ją i odbijał zaklęcia. Chciała wyjść zza niego i jakoś chwycić różdżkę, ale nie mogła się wyrwać. Niewiele myśląc, ugryzła rudego w rękę, a ten pod wpływem impulsu szybko ją zabrał. Pobiegła po różdżkę i już po chwili stała otoczona z każdej strony Śmierciożercami, którzy celowali w nią różdżkami. „No pięknie”, pomyślała, ale nie zamierzała się poddawać. Wyprostowała się, chcąc pokazać pewność siebie.
            Drzwi otworzyły się z hukiem, a wszedł tam prawie cały Zakon Feniksa. Śmierciożercy lekko zbledli, jednak jeden z nich dalej mierzył w Hermionę różdżką. Szatynka była szybsza.
            – Drętwota! – krzyknęła, a zaklęcie powaliło Śmierciożercę.
            Rozpoczęła się walka. Wszędzie latały zaklęcia. Jedno zielone przeleciało tuż koło jej głowy. Dostrzegła Kingsleya walczącego chyba z dwoma Śmierciożercami.   
            Walka rozgorzała na dobre. Wszyscy brali w niej udział. Zaklęcia latały po całym pomieszczeniu. Jedno przez przypadek trafiło w żyrandol, zaś ten w efekcie spadł na kamienną posadzkę i roztrzaskał się w drobne kawałeczki. Odłamki szkła rozprysły się, uderzając czarodziei i raniąc ich skórę. W ich zasięgu znaleźli się Tonks, Lupin i Moody. Szkło nie oszczędziło również Śmierciożerców. Jednemu nawet wbiło się oko, drugi natomiast miał rozcięty policzek i skroń. Pewnie będzie mieć bliznę po tym wypadku.
            Prawie wszyscy zgromadzeni skupili się na walce. Stawką było życie, więc nie mogli pozwolić sobie na nawet najmniejszy błąd. Niektórzy leżeli już nieprzytomni, ale znaleźli się również tacy, którzy mimo zmęczenia walczyli zacięcie. Do takich osób niewątpliwie należeli Harry i Moody. Nie chcieli odpuścić.
            Nagle rozległ się huk. Pewnie jakieś dwa zaklęcia się ze sobą zderzyły.
            Zmysły Hermiony skupiły się głównie na drodze ucieczki. Zaklęcietrafiło w ścianę, a ta zwaliła się tuż przed nosem dziewczyny, blokując wyjście. Zawróciła. W pewnym momencie natknęła się na Bellatrix Lestrange. Oddychała szybko pod wpływem adrenaliny, jednak, kiedy zobaczyła Śmierciożerczynię, jej oddech się uspokoił. Widziała w jej oczach obłęd. Nie zdążyła zareagować, zanim poczuła okropny ból na całym ciele. Poczuła, jak jej jakiś czas temu rozcięta noga znowu krwawi. Bolało ją dosłownie wszystko. Tarzała się po podłodze. Wydała z siebie przeraźliwy krzyk.
            – P-p-przestań – wysapała.
            Ból stał się jeszcze silniejszy, ale chwilę później ustał. Pozostało jedynie okropne odrętwienie jej ciała po całym wstrząsie.
            Poczuła, jak ktoś napiera na jej brzuch. Była to Bellatrix. Przygwoździła jej ręce do podłogi i wyciągnęła sztylet. Hermiona chciała być dzielna. Nie odezwała się słowem. Jedynie próbowała kopnąć kolanem siedzącą na niej czarownicę, ale to na nic. Ta śmiała się szaleńczo. Nagle dłoń mocno ją zapiekła. Jakby ktoś wstrzyknął w nią jad bazyliszka. Przez jej ciało przeszedł głęboki wstrząs. Jej oczy nagle stały się puste, a oddech stał się bardzo płytki. Nie mogła się opanować, a z jej gardła wyrwał się kolejny wrzask. Poczuła, jak ciężar z jej ciała osunął się z niej. Straciła jakby świadomość, co się wokół niej dzieje.
            – Hermiono, Hermiono… - Słyszała jeszcze znajomy głos.
            – Luna… - wysapała.
            Poczuła jeszcze przeszywający ból w zakrwawionej ręce. Były to ostatnie wydarzenia, które pamiętała; później była tylko jedna wielka ciemność.


            – Jak myślicie? Wyliże się z tego? – Usłyszała jakiś znajomy głos.
            Próbowała odnaleźć w swoich myślach, do kogo należy, ale miała tylko jedną wielką pustkę. Co prawda pamiętała, jak się nazywa, kim jest, ale wszystkie wydarzenia sprzed jej zemdlenia rozprysły jak bańka mydlana. Puf! Nie ma.
            Poruszyła delikatnie palcami. Każdy najmniejszy ruch sprawiał jej ból. Zachrypła. Chciała odkaszleć, ale usłyszała, tylko ciche rzężenie pochodzące z jej gardła. Zwróciła tym uwagę osób w pomieszczeniu. Zdała sobie sprawę, że od jej prawego ucha dochodzi jakieś pikanie.
            – Spokojnie, Miona, leż – mówił jakiś znajomy jej głos. Otworzyła delikatnie powieki. Obraz, który miała przed oczyma, był trochę rozmazany, jednak uporczywie próbowała przypatrzeć się osobie siedzącej przy jej łóżku. Dopiero rozmarzony głos dziewczyny uświadomił Hermionie, że przy niej siedzi Luna. Chciała podnieść dłoń w jej kierunku, ale skończyło się to tym, że naszła ją kolejna fala bólu. Oddychała ciężko. Nie myślała, o tym, kto znajduje się przy jej łóżku. Skupiała się teraz na bólu rozchodzącym się po jej ciele z każdym ruchem.
            – Co jest? – wysapała.
            Luna spojrzała na Harry’ego.
            – Jakaś trucizna znajduje się w twoich żyłach – powiedział Wybraniec z troską, a zarazem złością.
            Był zły na samego siebie za to, że dopuścił, żeby w takim stanie znajdowała się teraz jego przyjaciółka.
            – Ile… - Nie zdążyła dokończyć pytania.
            – Tydzień – odpowiedziała za Wybrańca Luna.
            Dopiero teraz Hermionę zastanowił fakt, że przy jej łóżku siedzi Luna.
            – L-luna? – zapytała poprzez zaciśnięte zęby.
            – Leż spokojnie – powiedział, wstając ze stołka Harry i wyszedł z pomieszczenia.
            Hermiona została sama z Luną. Szatynka miała mocno zamknięte oczy, a pot zlatywał po jej czole.
            Luna jedynie wpatrywała się w Gryfonkę, nie wiedząc, jak może jej pomóc. Po chwili wrócił Harry z jakimś mężczyzną. Tamten ubrany był w biały fartuch. W ręku trzymał różdżkę. Stanął obok łóżka szatynki, a następnie wymamrotał pod nosem kilka przeciwbólowych zaklęć.
            – Nic więcej nie mogę zrobić, panie Potter. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. – Zaczął szukać czegoś w swoim fartuchu. – Proszę jej to podać, gdyby ból znowu się nasilił. – Podał Harry’emu jakiś mętny płyn.
            Szatynka nieco się uspokoiła, ale w duchu szalało w niej od nadmiaru emocji.
            – Dziękuję – odpowiedział Harry. – Do widzenia.
            – Do widzenia, chłopcze – powiedział na odchodne doktor i teleportował się.
            Luna uśmiechnęła się rozmarzona, jednak jakby dalej była w pełni świadoma, co się wokół niej działo.
            – Luno, co… - Nie dokończyła, ponieważ dostała niespodziewanego ataku kaszlu.
            Harry zareagował natychmiast. Wlał do ust przyjaciółki kilka kropel płynu, który podał mu uzdrowiciel, a Hermiona poczuła się o niebo lepiej w porównaniu do stanu sprzed kilku sekund.
            Luna dobrze wiedziała, o co chciała zapytać ją Gryfonka. Uśmiechnęła się delikatnie, jakby sytuacja sprzed chwili w ogóle się nie wydarzyła.
            – Kiedy rozpętała się bitwa, miałam szansę uciec – powiedziała.
            Hermiona zmarszczyła brwi. Nie zauważyła Krukonki w rezydencji Malfoyów. Nagle poczuła, jak zalewa ją fala zmęczenia. Zasnęła.
            Harry westchnął. Bardzo martwił się o stan przyjaciółki. Obwiniał się, że doprowadził ją do takiego stanu i nie mógł nic zrobić. Od kilku dni rozmyślał o tym problemie. Próbował znaleźć jakieś lekarstwo na truciznę, która płynęła w żyłach Hermiony, ale nie potrafił doszukać się niczego, co mogłoby polepszyć jej krytyczny stan. Nawet magomedyk nie potrafił nic na to zaradzić. Pomagali mu wszyscy. Zaangażowała się w to nawet Suzanne.
            Chciała pomóc Gryfonce. Pałała do niej szczerą sympatią i, chyba jak wszyscy, martwiła się o nią. Nie mogła znieść myśli, że Hermiona tak cierpi. Często siedziała przy jej łóżku mimo tego, że Harry i Draco odciągali ją od niego. Twierdzili, iż źle jej to robiło. Suzanne tak nie uważała. Zauważyła, że gdy obok niej siedziała, Hermiona się uspokajała i jakby mniej cierpiała. Nie miała zielonego pojęcia, jak się to działo, ale chciała spędzać z nią jak najwięcej czasu. Opowiadała jej różne historie. Może gdzieś podświadomie słuchała jej opowieści.
            Do pokoju wszedł Draco. Oparł się o futrynę. Jego stan znacznie się polepszył. Co najmniej na tyle, by mógł wykonywać codzienne czynności i funkcjonować, jak należy. Miał jedynie zawiązany bandaż na udzie. Pewnie zostanie mu po tym wszystkim nieładna blizna. Cóż, dobrze, że wyszedł z tego cało, bez żadnych poważniejszych ran. Wpatrywał się w siedzącą obok Hermiony Suzanne.
            – Daj jej odpocząć – powiedział Draco, podchodząc do dziewczynki i łapiąc ją za ramię.
            Spojrzała na niego załzawionymi oczyma. Naprawdę martwiła się o Hermionę. Czy nikt nie mógł pojąć, iż chce przy niej być? Spędzanie czasu z Gryfonką daje jej swego rodzaju ulgę. Oczywiście nie cieszyła się, że szatynka musiała tak cierpieć, co to, to nie. Czy szkodzi jej tym, że czuwa przy niej? Odpowiedź jest prosta – nie.
            Draco, widząc oczy dziewczynki, zrozumiał, że nie może jej odciągnąć od Hermiony. Nie teraz.
            Do pokoju wszedł Harry.
            – Chodź ze mną na chwilę. – Machnął ręką, pokazując, żeby Draco wyszedł razem z nim.
            Poszli do kuchni. Draco oparł się dłońmi o blat. Zastał tam jeszcze Lunę, która patrzyła w okno rozmarzonym wzrokiem.
            Za oknem panowała naprawdę ponura pogoda i padał deszcz. Nie wiedział, co takiego widziała tam Krukonka, że przykuło to jej uwagę.
            Po prostu lubiła dźwięk deszczu, którego delikatny szum uspokajał ją. To takie przyjemne uczucie. Zielony kolor znikł z koron drzew, a zostawił miejsce dla wszelkiego rodzaju odcieni brązu, czerwieni, żółci i pomarańczowego, jakby jakiś artysta pomalował wszystkie liście, zostawiając na nich poszczególne barwy.
            – Słuchaj, Draco, z Hermioną jest źle – zaczął Wybraniec.
            – Powiedz mi coś, czego nie wiem. – Założył ręce na piersi.
            Harry wziął głęboki oddech, aby się uspokoić. Niektóre głupie komentarze Malfoya na różne sprawy naprawdę pozostawały zbyteczne. Czy on nie może chociaż na chwilę nie dodać nic od siebie i posłuchać, co ktoś ma do powiedzenia? Chyba nie.
            – Proszę cię, słuchaj mnie i nie przerywaj. – Wskazał palcem prosto na Draco.
            Blondyn oparł się dłońmi o blat i czekał, aż Harry coś powie.
            – Możemy pomóc Hermionie.
            – Rozwiń myśl – odparł Draco.
            Luna wpatrywała się nieco rozkojarzonym wzrokiem w chłopaków, to na jednego, to na drugiego. Czuła, jak napięcie w pomieszczeniu rosło z każdą chwilą.
            – Zapewne wiesz, jaka trucizna płynie w żyłach Hermiony, prawda?
            – Jad chimery.
            – Dokładnie – przyznał Harry. – A odtrutką na ten jad jest napar z liści mandragory, wnykopieńków, tentakuli i… Czegoś jeszcze. – Podrapał się po głowie. – W każdym razie jest tylko jedna osoba, która umie uwarzyć ten wywar.
            – Co?! Czyli specjalnie mamy szukać jakiegoś jaśnie pana, który nie chce nikomu pokazać, jak to wytworzyć?
            – Tu nie chodzi o to, że nie chce pokazać. – Oparł się dłońmi o stół. – Nikt wcześniej nigdy tego wywaru nie uwarzył. Dodają do tego czegoś, co działa tylko w ich dłoniach.
            Blondyn uniósł jedną brew.
            – Nie patrz tak na mnie. Mówię, co wiem. A wracając do tematu, ta osoba pochodzi z jakiegoś starego rodu czarodziejów i to właśnie tylko oni mogą mieć styczność z tym czymś.
            – A nie wiesz, co to za składnik?
            – Tu jest problem. Każdy, oprócz tych z rodu… Jak on się nazywał, Luna? – zapytał dziewczynę Wybraniec.
            Ona jakby wyrwała się z transu
            – Brewer – odpowiedziała i ponownie wpatrzyła się w okno.
            – Właśnie. Ten składnik może dotknąć tylko ktoś z rodu Bewer.
            Blondyn wpatrywał się w Wybrańca jak na jakiegoś wariata. Nie mógł pojąć słów, które przed chwilą powiedział do niego Potter. Przecież to niemożliwe, żeby jakaś głupia roślinka czy co tam jeszcze innego mogło być dotykane przez tylko jedną osobę. Dobra, istnieją rzeczy, które zabijają od razu, ale zazwyczaj każdego, a nie robią wyjątków.
            – I co? Ta jedna osoba może to mieć w rękach?
            – Tak – odpowiedział pewnie Harry.
            – Czyli tylko ten jeden facet może uwarzyć wywar?
            – Dokładniej to dziewczyna.
            – No, nieważne. Ale mam rację, tak?
            – Tak. – Nastała chwila ciszy.
            Draco ją przerwał.
            – To na co czekać? Gdzie ona mieszka?
            – Tu się pojawia problem. – Harry westchnął. Draco spojrzał na niego podejrzliwie. – Mieszka w Ameryce.
            – Co?! Aż tam?
            – Niestety.
            – A nie można tego jakoś sprowadzić? – dopytywał blondyn.
            – Można, ale trzeba czekać trzy tygodnie.
            Draco z wrażenia usiadł. Oczy miał szeroko otwarte. Nie spodziewał się, że aż tak daleko będzie można zdobyć ten eliksir. Czy naprawdę nie istnieje jakieś inne antidotum na jad chimery? Widocznie nie, skoro Potter mówi mu akurat o tym.
            – Dobra, i co w związku z tym?
            – Luna wie, gdzie można znaleźć tę dziewczynę.
            Malfoy przeniósł wzrok z Harry’ego na Lunę. Ta podśpiewywała sobie coś pod nosem. Brzmiało to na kształt Hymnu Hogwartu.
            – Teleportujesz się tam z nią.
            – Ciekawe jak – prychnął Draco. W ogóle, z jakiej racji to on miał brać udział w tej akcji?  Nie mógł iść z nią Potter? Przecież on znacznie lepiej dogaduje się z Luną. – A ty nie możesz się tam teleportować?
            – Tak się składa, że nie. – Pochylił się nad Draco i powiedział tak żeby Luna nie słyszała do ucha: – Wiem, gdzie może być kolejny horkruks i mam zamiar po niego iść.
            – To nie możesz poczekać paru dni, żebyśmy wrócili i poszli z tobą? – zirytował się Malfoy.
            – Nie rozumiesz, że liczy się każdy dzień?
            – Ale też nie możesz dać się im złapać. We trójkę albo czwórkę będziemy silniejsi. – Wstał i podszedł do okna. Z tego, co zauważył, lubiła spędzać czas z Suzanne.
            Harry gorączkowo myślał nad tym, co powiedział mu przed chwilą Malfoy. Może miał rację. Jego działania okazałyby się zbyt pochopne i naraziłby siebie, a potem cały świat czarodziejów na nieszczęście.
            – Dobra, masz rację. Zbyt duże ryzyko, a Hermiona też może potrzebować pomocy.
            Draco lekko uniósł kącik ust, sprawiając, że na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
            – A co z tym antidotum? Jak niby mamy się teleportować do Ameryki? Przecież dotrę tam w stu kawałkach.
            – W Ministerstwie są kominki, które przeniosą was do Ministerstwa w Nowym Jorku.
            Draco pomyślał, że to jakiś głupi żart. Jak niby ma dostać się z Luną do Ministerstwa, gdzie jest pełno Śmierciożerców?
            – Widzę, że żart się ciebie trzyma. – Zaśmiał się teatralnie.
            Wybraniec przewrócił oczyma.
            – Hermiona uwarzyła eliksir wielosokowy. Zmienicie się w kogoś z ministerstwa.
            Blondyn uniósł brwi. Zupełnie zapomniał, że Granger warzyła ten eliksir.
            – Włosy też załatwiłem. – Wskazał na dwa małe słoiczki, które stały na szafce.
            – Czyli cały plan masz już opracowany?
            – Dokładnie. Szykuj się do drogi.
            – Co? Już dziś?
            – Nie, za trzy dni – zironizował Harry. – Jasne, że dzisiaj.
            Wyszedł z kuchni z dwoma szklankami. Draco spojrzał porozumiewawczo na Lunę, ale ona zupełnie nie zwracała na niego uwagi. Trochę go to zniesmaczyło. Rzadko mu się zdarzało, żeby ktoś go nie zauważał. Wzruszył tylko ramionami, a do pomieszczenia wrócił Potter z dwoma szklankami, tylko teraz napełnione były jakimś niespecjalnie wyglądającym eliksirem. Podał im po jednej, a następnie dorzucił włosy. Blondyn powąchał, ale od razu szybko odsunął się od tego. Zapach nie zachęcał do spożywania tego specyfiku, wręcz przeciwnie.
            – Do dna – powiedział Harry.
            Luna zatkała nos i napiła się eliksiru, a Draco poszedł w jej ślady. Oboje się skrzywili. Malfoy myślał, że zwymiotuje, jednak powstrzymał się. Nie wiadomo, jakie mogłyby być skutki, gdyby to wypluł. Przełknął to, a w jego ustach pozostał nieprzyjemny posmak. Spojrzał na swoje dłonie, które zaczęły się pogrubiać.
            Z twarzą Krukonki również zaczęło dziać się coś dziwnego. Pulsowała w wielu miejscach, następnie zmieniła się na zupełnie inną – teraz miała piegi na twarzy i rude włosy. Jej sylwetka za bardzo się nie zmieniła.
            Draco szybko wybiegł z pomieszczenia i wpadł do łazienki. Przejrzał się lustrze. Dotknął swojego nowego policzka. Miał brązowe włosy, oczy również w tym samym kolorze, a jego sylwetka zmieniła się diametralnie – był dużo grubszy.
            – Potter! – krzyknął  i ruszył do kuchni.
            Wpadł tam szybko.
            – Nie miałeś do wyboru kogoś innego?
            Harry klepnął się w czoło. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Czasami naprawdę nie rozumiał toku myślenia Draco. Co to za różnica, w kogo się zmieni? Właśnie o to chodzi. Ma się nie wyróżniać.
            – Nie narzekaj.
            Blondyn przewrócił oczyma.
            – Macie godzinę, żeby teleportować się do Nowego Jorku. Macie różdżki?
            Kiwnęli twierdząco głowami.
            Harry nakrył siebie i pozostałą dwójkę peleryną niewidką, a następnie teleportował koło budki telefonicznej przenoszącej do Ministerstwa. Draco i Luna wyszli spod peleryny i weszli do budki. Zjechali na dół bez większych problemów.
            Draco kiedyś był w Ministerstwie. Ojciec raz miał jakieś spotkanie, a jego matka nie mogła z nim zostać. Zmuszony był iść razem z nim do pracy. Jego wizyta wtedy ograniczyła się jedynie do siedzenia w gabinecie ojca i zrobieniu paru żartów jakimś przypadkowym czarodziejom.
            Szli wzdłuż korytarza. Draco prowadził. Wiedział, w którym kierunku iść. Szli na tyle szybko, że raz potrącili jakiegoś czarodzieja. Luna przeprosiła grzecznie, ale Draco jedynie wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem, ale z pewnością były to jakieś bluzgi dotyczące nieuwagi tego gościa. Trafili w końcu do głównego pomieszczenia w Ministerstwie. Uwagę Luny i Dracona przykuła duża rzeźba cisnących się pod czymś mugoli. Nie widzieli dokładnie, ponieważ przesłaniali im widok inni czarodzieje, a do góry dodatkowo latały jeszcze listy złożone w samolociki. Przeciskali się, nie zważając na obraźliwe komentarze urzędników i innym pracowników Ministerstwa. Mieli tylko godzinę, żeby teleportować się do Ameryki. Jak na razie wszystko szło jak po maśle. Dopiero ich uwagę zwrócił jakiś czarodziej.
            – Hej! Ty!
            Draco wskazał na siebie palcem, pytając, czy tamten ma go na myśli.
            – Tak, ty. Jak się nazywasz?
            Draco zawahał się. Potter nie powiedział im, jak się nazywają. Widział, że facet idzie w ich kierunku. Szukał pomocy u Luny, ale ona również nie miała tych informacji.
            – Jak się nazywasz? – zapytał jeszcze raz.
            – Ja… – Przygryzł wargę.
            – Ethan! – krzyknęła jakaś czarnowłosa kobieta. – Co ty tu robisz? Miałeś być na urlopie.
            – Ach, tak, ale wysłali mnie w delegację.
            Luna przypatrywała się rozmowie czarodziei. Facet, który zaczepił Draco, był trochę skołowany obecną sytuacją.
            – Aha. – Pokiwała głową. – To ja cię nie będę zatrzymywać. Widzimy się w poniedziałek. – Uśmiechnęła się przyjaźnie i udała w tylko sobie wiadomym kierunku.
            – Chodź, Luna – powiedział do swojej towarzyszki.
            Szedł szybkim krokiem w kierunku kominków. Na szczęście nikt ich nie pilnował. Mogli swobodnie przenieść się do Nowego Jorku.
            Weszli do środka i poczuli dziwne mrowienie w okolicach pępka, a następnie lekki zawrót głowy.


            Harry szwendał się po domu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie miał nic ciekawego do roboty. Hermiona leżała nieprzytomna, a Suzanne siedziała przy niej. Nie miał serca odciągać dziewczynki od przyjaciółki. Poszedł na piętro i zapukał do drzwi. Jak na zawołanie kasztanowłosa spojrzała na niego swoimi szarymi oczyma. Nigdy wcześniej nie widział takich oczu – jednocześnie radosne i pełne bólu. Wziął stołek i usadowił się obok dziewczynki.
            Oboje byli myślami już gdzieś daleko myślami, każdy w swoim świecie. Suzanne ujęła delikatnie dłoń Hermiony, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
            – Jest dla mnie jak siostra – powiedziała niespodziewanie.
            Harry uniósł kącik ust, siląc się, aby na jego twarzy zagościł chociaż delikatny uśmiech. Ostatnio przychodziło m to trudem. Obwiniał się za stan Hermiony. Myślał, że kiedy wezwie Zakon Feniksa, nie będzie aż tak źle. Dlaczego musiało paść akurat na Hermionę? Po co ją w to wpakował? Oczywiście nie chciał, żeby komukolwiek stało się coś złego.
            – Dla mnie też, Suzanne, dla mnie też.
            Nagle Hermiona otworzyła oczy i skrzywiła się, zamykając mocno przy tym oczy. Harry zareagował od razu. Wlał jej do ust kilka kropel płynu, który dał mu magomedyk.
            Ból trochę ustał, a na twarzy szatynki pojawił się spokój. Patrzyła na Suzanne i Harry’ego. Ich obecność znaczyła dla niej więcej niż cokolwiek. Wiedziała, że za kilka dni może umrzeć. Już oswoiła się z tą myślą, jednak mała iskierka nadziei nie gasła i dawała jej siłę, żeby walczyć, nie na zaklęcia, toczyła w sobie walkę psychiczną. Chciała, aby te męki się skończyły, ale miała również świadomość, że przyjaciele chcą jej pomóc i pewnie już coś działają w tym kierunku.
            – Suzanne – wychrypiała. – Bądź silna, proszę.
            Zacisnęła leciutko swoją zimną dłoń na ciepłej dziewczynki. Użyła do tego gestu wiele siły, jednak efekt okazał się prawie niewidoczny. Tak bardzo chciała teraz przytulić Suzanne, Harry’ego, Lunę, rodziców. Nawet Draco może być! Chciała wyznać, co czuje, powiedzieć, jak bardzo jej na wszystkich zależy. Tak bardzo żałuje, iż nie mogła pożegnać się z rodzicami. Do oczu szatynki napłynęły łzy.
            – Malfoy, wracaj szybko z antidotum. – Westchnął Harry.

Za zbetowanie rozdziału dziękuję Sovbedlly [klik] :)

Hej, kochani :)
Za wami już kolejny rozdział. :D Dzisiaj akurat na czas. ;)
Powiem szczerze, że nie mogłam się doczekać jego publikacji. Nie wiem w sumie czemu, ale jakoś tak mnie energia rozpierała, żeby wam już go pokazać. :P
W sumie to nie wiem, co mam tutaj jeszcze napisać. To już chyba wszystko. :)
Jeśli rozdział Ci się podobał nie zapomnij o pozostawieniu po sobie śladu w postaci komentarza. Każdy motywuje do dalszej pracy. :)
Pozdrawiam!

P.S. Jedzie ktoś na Targi Książki w Krakowie?

11 komentarzy:

  1. Och, jakie to było wzruszające. Serio, końcówka bardzo mnie ujęła :) pisz, oby tak dalej. Czekam na next!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow :D Cieszę się, że udało mi się Cię wzruszyć. :)

      Usuń
  2. W pierwszym momencie miałam odczucie, że Draco zamienił się w kogoś, kogo nie lubi. I nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że zamienił się w Dudleya xDD
    A ja dalej myślę, że Suzanne to jakaś córka Regulusa czy Syriusza xD Ale teraz w mojej głowie pojawiła się myśl, że to córka tej jedynej kobiety, co potrafi uwarzyć antidotum dla Hermiony. Ten spisek...
    Tak tak, Miona! Przytul Draco, przytul Draco! Zostaw Harry'ego, idź po Draco! No Miona, kurde Bolek. Miałaś Draco tulić ;/
    Hm, ostatnio mam zajawkę na Fremiome, i kiedy Fred ją obronił, to ja miałam takie "Przytul go!" Ja coś ostatnio przytulaśna jestem.
    Mam dziwne wrażenie, że coś Draco i Lunie nie pójdzie w Ameryce. Że ta babka ich wykiwa, czy coś.
    Kurczę, coraz bardziej kocham Suzanne i Harry'ego w tym opowiadaniu. Po prostu ta dwójka jest taka urocza, że mam ochotę ich wytarmosić <3 Świetnie ze sobą współgrają, jak brat i siostra.
    Przepraszam za krótki komentarz, który akurat nic nie wnosi. Postaram się się poprawę przy następnym rozdziale.
    Tak w ogóle, dobrze, że energia Cię rozkłada! Wtedy jest najwięcej weny :3
    Pozdrawiam i życzę duuuużo weny. <3
    CanisPL

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, w sumie śmiesznie by było, jakby Draco zmienił się w Dudleya xD To by było takieeeee złe ze strony Harry'ego. ;D
      Suzanne mam opracowaną (no chyba, że wymyślę coś innego i zmienię całą koncepcję, jak to w moim przypadku bywa :P), więc sytuacja się będzie wyjaśniała wraz z kolejnymi rozdziałami. ;)
      Właśnie widzę, że przytulaśność (według mnie można to tak nazwać xd) coś Ci się udziela. ;D I dobrze! Może być i tak. ;D Pozytywna energia przede wszystkim. :D
      Również pozdrawiam! <3

      Usuń
  3. Ciekawy rozdział: zaskakujący. Oczywiście końcówka bardzo smutna.
    Intryguje mnie, co takiego stało się, że Draco i Luna poczuli zawroty głowy. Czyżby jakieś zaklęcie, itp.?
    No cóż, pozostaje mi czekać :)
    Przepraszam, że tak krótko, ale jestem tak zmęczona, że nie mam nawet siły myśleć nad jakimś bardziej sensownym komentarze.
    Pozdrawiam i weny!
    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zawroty głowy to po prostu efekt teleportacji. ;)
      Końcówka miała właśnie taka wyjść, więc cieszę się, że mi się udało to zrobić. :D
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Powiem szczerze, przybyłam, bo u mnie także zostawiałaś coś po sobie. Mam ostatnio dużo czasu na czytanie i inspiracje (wiesz, te przejazdy autobusami, studia się zaczęły i te sprawy).
    Podoba mi się! Z chęcią będę zaglądać i czytać dalszy ciąg, bo już jestem na bieżąco :D
    Mam ogromną nadzieję, że Draco postara się by pomóc Hermionie, bo nie wierzę w to, ze coś jej się stanie, ale tak podświadomie zawsze jest to napięcie, nie? :D
    Co do ogólnego przerobienia tego by Rona zamienić na Malfoya, to JESTEŚ CUDOWNA, nienawidzę tego Rudzielca. Oczywiście Harry w sumie też nie jest moją ulubioną postacią, ale lepiej niż tamten.
    Niecierpliwie czekam na dalszy ciąg!
    Weny i Pozdrawiam.

    http://hogwarckie-opowiesci.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się podoba. :D
      Jestem cudowna? Ojej, miło mi. ;D
      A o Hermionie cicho sza. Nic nie zdradzę. :>
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  5. Cześć!
    Przepraszam po raz kolejny za opóźnienie, ale już jestem! Mam nadzieję, że chociaż następnym razem uda mi się być na czas. :D
    Jeju, od poprzedniego rozdziału cały czas się zastanawiałam, kto ją uratował i w życiu nie wpadłabym na to, że to Fred! :o
    Losie, jak dobrze, że Zakon Feniksa wkroczył do akcji, inaczej mogło być z nimi naprawdę cienko. No tak, ja już poczułam ulgę, że nic poważnego im się nie stanie, a tu do organizmu Miony dostała się jakaś trucizna. Jeju, no. :C A mogło być tak pięknie!
    Mam naprawdę ogromną nadzieję, że wrócą z antidotum. Przecież Hermionie nie może się nic stać. Suzanne jest dla niej taka kochana i tak stara się pomóc, że aż się łezka w oku kręci. W ogóle podoba mi się jej relacja z Harrym, widać, że naprawdę szybko łapią wspólny język.
    Ah, ten Draco. Niby aż tak bardzo się nie martwi, a w środku pewnie aż szaleje ze strachu.
    Nie mogę się już doczekać kolejnego rozdziału, nie trzymaj nas długo w niepewności. :(
    Pozdrawiam serdecznie i życzę mnóstwa weny! <3
    PS. U mnie nowy rozdział. :*
    for-one-more-chance.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tej truciznie nic nie zdradzę. :> Mam pomysł w związku z ta sytuacją, a myślę, ze będzie ciekawie. ;)
      Muszę jeszcze troszkę Was potrzymać w tej niepewności. Taka niedobra będę. Hihi. XD
      Ach, nie masz za co przepraszać. Każdy dysponuje ograniczoną ilością czasu, a nie wymagam, że jak wstawię rozdział to od razu ma być komentarz. ;) Spokojnie.
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  6. Ciekawie piszesz:D
    Zapraszam serdecznie do siebie.:)

    OdpowiedzUsuń