29 stycznia 2017

Trzynasty rozdział




            — Panie. — Narcyza Malfoy złożyła ukłon przed Voldemortem.
            Spojrzał na kobietę zimnym wężowym spojrzeniem.
            Znajdowali się w Dworze Malfoyów, w tej samym wielkim pomieszczeniu, gdzie Draco miał zabić Hermionę.
            Z twarzy Narcyzy nie można było odczytać żadnych emocji. Nie chciała, aby Czarny Pan ją przejrzał — nie teraz, to był najgorszy możliwy moment.
            Wpatrywała się prosto przed siebie. Nie spoglądała w oczy Voldemortowi.
            — Wstań, Narcyzo — powiedział, gładząc Nagini.
            Ta posłusznie wstała. Spojrzała ukradkiem w swoje lewo. Zauważyła tam swojego męża — niegdyś mężczyznę, którego pokochała, teraz zniszczonego i wyrachowanego człowieka.
            — Panie, mam księgę, którą kazałeś mi przynieść. — Wyciągnęła spod peleryny starą książkę.
            Kiedy Narcyza była dzieckiem, lubiła czytać. Sięgęła wtedy po książkę pt. „Czarna magia i inne uroki", którą właśnie dziś miała przynieść Czarnemu Panu. Wtedy chciała tylko zajrzeć i przeczytać kilka kartek, ale nie doczytała nawet jednej do końca. Po prostu to, co tam znalazła, zadziałało negatywnie na Narcyzę. Pamiętała, że przez kilka dni nie była w najlepszym nastroju. Zaklęcia, o których przeczytała, były okropne.
            Napisano w tej książce o tym, jak torturować swoje ofiary — i to nie Cruciatusem, gorszymi zaklęciami. Mogłoby się wydawać, że takie nie istnieją, ale jednak.
            Już na pierwszej stronie znalazła zaklęcie, które sprawiało, że człowiek zostawał pozbawiony wzroku na całe życie — to jedno z zaklęć — a drugie sprawiało, iż ofiara zostaje obdarta stopniowo ze skóry. Oczywiście siła zaklęcia zależała od czarodzieja.
            Narcyza do dziś ma przed oczyma ręcznie narysowany obraz tych tortur.
            — Podejdź. — Czarny Pan zaplótł palce.
            Pani Malfoy zebrała całą swoją odwagę i wykonała polecenie Voldemorta. Stanęła przed tronem, na którym siedział.
            Kiedy znajdowała się zaledwie dwa metry od Czarnego Pana, Nagini na nią syknęła.
            Kobieta mocno się wystraszyła, jednakowoż podeszła jeszcze bliżej, podała księgę Czarnemu Panu i natychmiast odeszła. Stanęła obok męża.
Nie patrząc na węża, Voldemort wysyczał coś w języku wężów.
            — Narcyzo, wystąp — powiedział.
            Większość osób spojrzała na kobietę, obojętny pozostał Lucjusz Malfoy i kilku innych Śmierciożerców.
            Ta ze strachem stanęła na środku sali. Serce biło jej nader szybko. Sparaliżował ją strach, jednak na twarzy dalej widniała maska obojętności.
            — Crucio! — krzyknął Voldemort.
            Po ciele Narcyzy przeszedł wielki ból. Bolało ją dosłownie wszystko. Wiła się po podłodze, a z jej ust wydobywał się przeraźliwy krzyk.
            Voldemort w ciągu kilku sekund znajdował się zaledwie pół metra od Narcyzy.
            — Jak śmiałaś mnie okłamać?! — powiedział spokojnie.
            Na chwilę ból ustał, żeby za chwilę powrócić ze zdwojoną siłą.
            — P-p-panie, ja-a... — W oczach kobiety stanęły łzy.
            — Crucio! — wypowiedział zaklęcie kolejny raz.
            Narcyza już nie krzyczała. Najzwyczajniej w świecie nie miała na to siły.
            Popatrzyła na męża. On zimnym wzrokiem wpatrywał się w nią. Mimo że odczuwała ból, miała ochotę wstać i przyłożyć mu w twarz. Nie rozumiała, jak mężczyzna, w którym się kiedyś zakochała, mógł się tak zmienić.
            — Cholera! — krzyknęła pod wpływem bólu.
Usłyszała szyderczy, szalony śmiech Bellatrix. 
            Narcyza już miała dość. Pragnęła w tamtym momencie śmierci. Byłaby dla niej wybawieniem. Wyrwałaby się w końcu z tego szaleństwa. Mogła się od razu sprzeciwić. Już po urodzeniu się Draco wszystko nie szło tak, jak należy.
            — Wiem, że pragniesz śmierci — syknął Voldemort. — Ale zapłacisz za to inaczej. Jeszcze nie teraz...
            Narcyza oddychała płytko. Próbowała uspokoić oddech. Liczyła do dziesięciu — nie pomagało.
            Pojedyncza łza spływała po jej policzku. Zamknęła oczy. I zemdlała.

***

            Minął tydzień od wizyty Narcyzy Malfoy w domu na Grimmauld Place.
            Suzanne nie znała swoich rodziców. Wiedziała tylko, że jej mama nie żyje, a tata po prostu ją zostawił. Często o tym rozmyślała i z całego serca pragnęła poznać prawdę. Chciała wiedzieć, kim są jej rodzice. Owszem, nazwisko miała po ojcu, wszak na świecie pełno mężczyzn, którzy nazywają się Morgan.
            Chciała spojrzeć ojcu prosto w oczy i zapytać, dlaczego tak postąpił. Nie miała nic — żadnego listu, zdjęcia czy jeszcze czegoś innego, co mogłoby być pamiątką po rodzicach.
            — Nad czym tak rozmyślasz? — zapytała Hermiona, gdy weszła do salonu.
Suzanne uśmiechnęła się słabo.
            — O niczym. — Skłamała.
            Gryfonka spojrzała na nią pobłażliwie.
            — Znam cię, tylko ponad miesiąc, ale wiem, że coś jest nie tak. — Usiadła na kanapie obok kasztanowłosej.
            Suzanne zaczęła nerwowo wykręcać palce, nie wiedząc, czy powiedzieć Hermionie o swoim pomyśle.
            — Mów śmiało, wiem, że coś cię gryzie. — Zachęciła szatynka.
            — No, bo... — Nie wiedziała, jak zacząć. — Bo ja chciałabym dowiedzieć się czegoś o moich rodzicach — powiedziała na jednym wdechu.
            Hermiona spojrzała na dziewczynkę, zachęcając, aby mówiła dalej.
            — Nie wiem nawet, jak się nazywają, kim byli ani co się z nimi stało — mówiła bardzo szybko Suzanne. — To dla mnie ważne.
            Gryfonka potrzebowała chwili, by przemyśleć to, co powiedziała dziewczynka, ale nad odpowiedzią się nie wahała.
            — Rozumiem, że to dla ciebie ważne. — Oparła się dłońmi o kolana. — Pomogę ci.
            Suzanne się rozpromieniła, po czym mocno przytuliła Hermionę.
            — Boże, dziękuję ci. Jesteś najlepsza — mówiła, tuląc szatynkę.
            Po chwili się od niej oderwała i chodziła po pomieszczeniu. Po prostu rozpierała ją energia. Bardzo się cieszyła, że Hermiona pomoże w tak ważnej dla niej sprawie, jaką jest dowiedzenie się czegoś o jej rodzicach.
            Dopiero po paru minutach uświadomiła sobie, iż nie mają żadnego punktu zaczepienia. Nie miała zielonego pojęcia, od czego zacząć to „śledztwo".
            — Hermiono — zaczęła — jest jeden problem.
 Gryfonka spojrzała na nią pytająco.
            — Nie wiemy, od czego zacząć.
            — To nie będzie problemem. — Uśmiechnęła się iście ślizgońsko. — Pewnie w sierocińcu, w którym przebywałaś, jest jakaś twoja dokumentacja.
            — Jejku, jesteś genialna — krzyknęła dziewczynka.
            — W sumie możemy iść nawet dzisiaj.
            Suzanne nie wierzyła własnym uszom. Myślała, że Hermiona będzie chciała bardziej to obmyślić, przygotować się jakoś do tego.
            — Co? Coś nie tak? — zapytała jakby ostrożnie szatynka.
            — Nie, tylko tak bez żadnego przygotowania.
            — Słuchaj, już jest ciemno. — Weszła do korytarza przy drzwiach wejściowych i sięgnęła po swoją kurtkę. — Pójdziemy tylko po akt urodzenia, nic więcej. Zobaczymy, czy są na nim nazwiska twoich rodziców. Może znajdziemy jakiś trop, który pomoże nam ich odnaleźć.
            Suzanne patrzyła przez chwilę na Hermionę, po czym powiedziała:
            — Zgoda. — Podbiegła do wieszaka z kurtkami. — Chodźmy, byle szybko.
            Ubrały się w prawie minutę. Hermiona wyciągnęła różdżkę.
            — Gotowa? — zapytała jeszcze.
             Suzanne skinęła głową.

***

            Harry nie umiał zasnąć. Przewracał się w nocy z boku na bok. W końcu stwierdził, że to bez sensu. Wydostał się spod ciepłej kołdry. Nagle przeszły go dreszcze. Szybko zarzucił jakąś koszulkę.
            Spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej obok jego łózka — wskazywał pięć minut po pierwszej.
            — Cholera — mruknął pod nosem.
            Wyszedł na korytarz, zapalił światło. Drzwi do pokoju Hermiony były uchylone, więc automatycznie, gdy koło nich przechodził, zajrzał tam. Ku jego zdziwieniu przyjaciółki tam nie było. Na razie nie chciał wszczynać paniki, iż gdzieś zniknęła, bo mogło się okazać, że tak naprawdę poszła do łazienki albo zeszła do kuchni. Zapukał do drzwi od łazienki. Nikt mu nie odpowiedział, więc szarpnął za klamkę. Zamknięte.
             Po kilku sekundach dosłownie przed nim stanął Draco.
            — Wolne... — Przeszedł obok Haryy'ego, pewnie wracając do swojego pokoju.
            „Czyli Hermiona jest na dole", pomyślał Wybraniec. Szybko zszedł do kuchni. Znowu czekało go zdziwienie — nie zastał tam przyjaciółki. Sprawdził jeszcze salon, ale jak Hermiony nie było, tak jej nie ma. Postanowił jeszcze raz zajrzeć do jej pokoju — może mu się coś przewidziało.
            Szedł powoli na górę, raz potknął się o schodek, na szczęście się nie przewrócił. Ponownie zajrzał do pokoju Hermiony.
            — Cholera, nie ma jej... — powiedział sam do siebie.
            Poszedł jeszcze do pokoju Suzanne.
            — Ona też... — Westchnął.
            Następnie chciał pójść po Draco. Chciał z rozpędu otworzyć drzwi, ale Ślizgon je zamknął.
            — Malfoy, otwieraj! — Uderzał pięścią w drzwi. Nikt mu nie odpowiadał. Powoli już tracił cierpliwość. — Malfoy, na Merlina, rusz dupę, bo wyważę te drzwi!
            Draco się nigdzie nie spieszyło. Leniwie podszedł do drzwi.
            — Potter, ja tu chcę spać. — Przetarł jedno oko dłonią.— Nie ma dziewczyn — oznajmił Harry, trochę nerwowo.
            Ślizgon nieco się rozbudził.
            — Dobrze sprawdziłeś? — zapytał, jeszcze się upewniając.
            Harry kiwnął twierdząco głową.
            — Poczekaj, ubiorę się.
            — Z resztą ja też. Za parę minut na dole.
            Obaj ubrali się niemal błyskawicznie. Nie minęły nawet dwie minuty, a byli już na dole.
            — To masz jakiś pomysł, Potter? — Draco uniósł jedną brew.
            Nie ma ich kurtek. Harry zauważył to już wcześniej.
            — Może gdzieś poszły... Nie, to niemożliwe, żeby o tej godzinie gdzieś wychodziły — mówił bardziej do siebie niż do Ślizgona.
            — A może jednak sprawdzimy, może nie polazły daleko.
            — Nie wydaje mi się, żeby... — zaczął, ale widząc minę Draco, zmienił zdanie. — Chodźmy.
            Obaj założyli kurtki. Teraz były bardzo zimne noce, łatwo o przeziębienie, a to w tym momencie najmniej im potrzebne. Cały misterny plan zdobycia horkuksa i tak już ma duże opóźnienia, a oni nawet nie wzięli się za warzenie nowego eliksiru wielosokowego, nie wspominając o tym, czy Umbridge jeszcze posiada medalion.
            — Rozdzielamy się czy jak? — zapytał Draco, dopinając do końca zamek kurtki.
            — Chodźmy razem, jest późno i nigdy nie wiadomo.
            Draco kiwnął twierdząco głową i zaczęli iść chodnikiem wzdłuż drogi, później skręcili w jakąś uliczkę i jeszcze w kolejną, a jak Suzanne oraz Hermiony nie było tak nie ma.
            — Kurwa mać! — Zirytował się Malfoy.
            — Nie klnij, tylko trzeba ich szukać dalej. — Zwrócił uwagę Harry.
            Wyszli znowu na główną ulicę.
            Drętwota!
            Harry dostał prosto w głowę zaklęciem. Draco natychmiast wyciągnął z kieszeni różdżkę. Czekało na nich trzech Śmierciożerców.
            — Panowie, można to uczciwie rozegrać. — Uśmiechnął się cwaniacko, chociaż tak naprawdę się bał. — Ja jeden na was trzech... To byłoby nieuczciwe.
            Oni się szyderczo zaśmiali, po czym w kierunku Ślizgona zaczęły lecieć zaklęcia — po kolei czerwony, zielony i żółty promień. Draco wyczarował tarczę, co odbiło wszystkie zaklęcia.
            Drętwota! Expeliarmus! — Powalił jednego Śmierciożercę, a drugiemu wypadła z ręki różdżka.
            Nie zauważył, jak zaszedł go ktoś od tyłu.
            Poczuł jedynie okropny ból w okolicach skroni, następnie upadł. Ale był przytomny. Ktoś kopnął go w brzuch — mocno. On ostatkami sił chciał podciąć mu nogi. Udało się, ale to na nic. Przyszedł kolejny Śmierciożerca i kopnął go prosto w nos. Draco pod ręką miał jeszcze różdżkę. Chciał ją złapać, nie udało mu się to. Jeden ze Śmierciożerców nadrepnął na jego dłoń. Usłyszał chrupnięcie, a następnie przeszywający ból w ręce.
            — Ja pierdolę! — zawył z bólu.
            Potem ktoś kopnął go w brzuch. Poczuł, jakby zaraz miał zwymiotować. O mało tego nie zrobił.
            Później już nic nie pamiętał. Zemdlał.

***
            Już parę sekund później znalazły się przed budynkiem sierocińca. Nie wyglądał ani trochę przyjemnie. Był obskurny i Hermiona nie umiała sobie wyobrazić, jak można w takim budynku opiekować się dziećmi.
            Tynk odpadał z budynku, okna były poniszczone, jedno nawet wybite, a drzewa wyglądały okropnie. Owszem, była jesień, ale te liście nawet nie miały złotego, czerwonego czy żółtego koloru, tylko zgniłozielony kolor. Hermiona od dawna nie spotkała się z takim widokiem.
            Gryfonka rozejrzała się, czy nikt nie idzie. Za pomocą dwóch machnięć różdżką zmieniła kolor liści. Teraz prezentowały się dużo lepiej.
            Suzanne założyła kaptur. Nie chodziło o to, że chciała się schować, tylko po prostu zrobiło się jej zimno. Hermiona poszła w jej ślady. Wiatr tego dnia wiał niesamowicie mocno.
            Przeszły zniszczonym już trochę chodnikiem i stanęły przed drzwiami.
            Alohomora — szepnęła Hermiona, a następnie wraz z Suzanne usłyszały ciche kliknięcie oznaczające, że drzwi zostały otwarte.
            Najciszej, jak mogły, weszły. Na ich szczęście światła były pogaszone i w jakimś stopniu mogły poruszać się swobodnie. Przechodziły korytarzami, szukając jakiegoś planu budynku. Jak na złość nie umiały go znaleźć. Wałęsały się tam już chyba z dwadzieścia minut.
            — Ej, nie wiesz, gdzie można to znaleźć? — zapytała szeptem Hermiona.
            Dziewczynka pokręciła przecząco głową. Gryfonka ledwie to dostrzegła, bo światło dawał jedynie księżyc wdzierający się przez okno. Nagle usłyszały, jak jakieś drzwi się otwierają, a następnie czyiś głos.
            — Tak, tak, dostałam te papiery. — Był to ewidentnie kobiecy głos. Chyba rozmawiała przez telefon. — Brakuje mi tylko jednego podpisu. Trzeba jeszcze to załatwić i wszystko będzie w porządku.
            Hermiona niewiele myśląc, pociągnęła Suzanne za rękę. Teraz to ich szansa. Po drodze Gryfonka rzuciła na siebie i dziewczynkę zaklęcie kameleona. Przeszły przez, jak się Hermionie wydawało, pół sierocińca. W końcu kobieta weszła do jednego pomieszczenia znajdującego się na końcu korytarza.
            Dziewczyny stanęły kilka metrów przed drzwiami, dalej będąc pod działaniem zaklęcia kameleona. Hermiona mogła wziąć pelerynę niewidkę Harry'ego, miałyby wtedy ułatwione zadanie, ale chciała to załatwić jak najszybciej. Coś jej podpowiadało, iż później nie będą mieć okazji, żeby pójść po te papiery. Pewnie, gdy wróci, poszukiwania horkruksów ruszą pełną parą. Jak na razie nie mają nic, a Voldemort cały czas rośnie w siłę.
            — Ale proszę pani! — Przemyślenia Hermiony przerwał głos kobiety, która przed chwilą weszła do pomieszczenia, gdzie najprawdopodobniej znajdują się dokumentacje dzieci przebywających w sierocińcu. — Mówię, że musimy wziąć podpis, ale... — Przerwała. Pewnie uważnie słuchała, co ma do powiedzenia osoba, z którą rozmawia. — Wie pani co? Ja pójdę może do... — Znowu urwała.
            Hermiona wychyliła się delikatnie, aby zobaczyć, co robi kobieta; ubierała kurtkę. Chyba na chwilę gdzieś wychodzi. To ich szansa. Zgasiła światło i popędziła prawdopodobnie ku wyjściu z sierocińca.
            — Chodźmy — szepnęła do Suzanne Hermiona. Weszły tam szybkim krokiem i zapaliły światło. — Musimy to szybko znaleźć... Jakiś akt urodzenia...
            Hermiona otworzyła szafkę stojącą przy ścianie obok wyjścia.
            — Bingo! — Naprawdę się ucieszyła, że tak szybko znalazła to, co potrzebowały.
            — Masz to? — zapytała Suzanne, nie ukrywając podekscytowania.
            Gryfonka ewidentnie skupiła się na szukaniu papierów Suzanne. I tutaj był ich słaby punkt. Wszystkie akta były pomieszane, nieułożone alfabetycznie. A do tego każdy był włożony w kopertę.
            — Suzanne, pomóż mi — szepnęła.
Dziewczynka bez zastanowienia podeszła szybko do szafki i sprawdzała tak jak Hermiona, nazwiska znajdujące się na aktach. Przeszukiwały tak dokumenty chyba z piętnaście minut. Cud, że ta kobieta, którą wcześniej zastały, jeszcze nie przyszła.
            Gryfonka już powoli się denerwowała faktem, iż nie ma aktu urodzenia Suzanne. Przepatrzyła już prawie wszystkie, a jego jak nie było, tak nie ma.
            — Cholera jasna! — mruknęła pod nosem Hermiona.
            I wtedy w jej ręce wpadł akt urodzenia, który szukały.
            — Mam to! — powiedziała już normalnie Hermiona. — Zwijajmy się. — Podała dłoń Suzanne i teleportowała z powrotem na Grimmauld Place.
            Dziewczynka nie ukrywała swojej radości.
            — Boże, nie wierzę... — Zakryła twarz dłońmi.
            Hermiona się zaśmiała, później podała Suzanne kopertę. Wiedziała, iż to dla dziewczynki ważny moment, więc chciała, żeby sama sprawdziła, jak się nazywają jej rodzice. Suzanne wzięła od Hermiony kopertę, chwilę się w nią wpatrywała, a następnie szybko wyciągnęła akt urodzenia. Zaczęła przeglądać po kolei każdą rubryczkę, aż doszła do nazwisk rodziców.
            — Tata nazywał się Phillip Jones — odezwała się po chwili.
            — Phillip... — powtórzyła Hermiona, jakby chciała zapamiętać imię.
            Ktoś nagle zapukał do drzwi. Hermiona szybko poszła otworzyć. Najpierw zajrzała, kto zaprząta im głowę o tej godzinie. Okazało się, że to sąsiadka — starsza kobieta, może koło siedemdziesiątki.
            — Dobry wieczór — powiedziała Hermiona i wpuściła do domu staruszkę.
            — Dobry wieczór — odpowiedziała.
            — Proszę ściągnąć płaszcz — zaproponowała.
            — Nie, ja tutaj przyszłam tylko na chwilkę. Byłam na spacerze i widziałam twoich kolegów.
            Hermionę zaskoczyła ta informacja. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, iż starsza pani, koło siedemdziesiątki, wyszła sobie o tej godzinie na przechadzkę. Chociaż ludzie mają różne fanaberie...
            — I? — Chciała, aby kobieta dalej mówiła, bo nagle przestała.
            — I widziałam, jak ktoś ich atakuje. Ale nie tak normalnie! — Uniosła ręce. — Mieli coś jakby... Hm, różdżki. Ale może coś mi się przywidziało... W tym wieku to...
            Hermiona wyciągnęła różdżkę.
            — Obliviate!
            Staruszka zemdlała, a Hermiona zaklęciem teleportowała ją do siebie. Musiała wymazać jej pamięć, chociaż z tego dnia. Przecież nie może się dowiedzieć o magii!
            — Cholera — zaklnęła Hermiona. — Co ja mam teraz zrobić?
            Musiała chwilę przetrawić informację. Harry i Draco zniknęli, podczas gdy one z Suzanne były w sierocińcu. Może poszli ich szukać, a potem ktoś ich zaatakował. Tym kimś bez wątpienia byli Śmierciożercy. To by się zgadzało. Taką teorię wymyśliła Hermiona w niecałe trzy minuty. Tylko nie wydawało jej się, iż Śmierciożercy zrobiliby to tak jawnie. Przecież na pewno ktoś tamtędy przechodził. Chociażby ta sąsiadka.
            Suzanne weszła do przedpokoju. Hermiona nie wracała, więc chciała sprawdzić, co się stało. Widząc minę Gryfonki, dziewczynka już wiedziała, że coś jest nie tak. Na twarzy Hermiony malowało się głównie niepokój. Chyba pierwszy raz w życiu Gryfonka nie miała zielonego pojęcia, jak ma postąpić.
            Przez myśl przechodziła jej jedna myśl: Hary i Draco mogą być już martwi. Ale nie. Wierzyła, że jeśliby tak się stało, już dawno by o tym wiedziała, a to wszystko mogło zdarzyć się od pół do pełnej godziny temu. Tak mniej więcej teleportowały się z Suzanne.
            — Co się stało? — zapytała niepewnie Suzanne.
            Hermiona spojrzała na nią naprawdę wystraszonym wzrokiem. Dziewczynka podeszła do Gryfonki i mocno ją przytuliła. Chciała chociaż w ten sposób pocieszyć Hermionę, chociaż wiedziała, iż sprawa musi być bardzo poważna, skoro dziewczyna ma taką minę.
            Nagle przed nimi ktoś się pojawił. Hermiona natychmiast wstała, schowała za siebie Suzanne i rzuciła serię zaklęć. Udało się — powaliła Śmierciożercę.
            — Na Merlina, wiedzą, gdzie jesteśmy — szepnęła bardziej do siebie niż do Suzanne.
            Dziewczynka zupełnie nie wiedziała, o co chodzi, natomiast Hermiona pobiegła na górę po swoją torebkę. Wrzuciła tam jeszcze kilka rzeczy, które przygotowała do warzenia eliksirów i zbiegła na dół. Złapała Suzanne za dłoń i teleportowała je w pierwsze miejsce, które przyszło jej do głowy. Wiedziała, iż to zły pomysł udać się właśnie Tam, ale tylko tam mogła szukać pomocy.
            Chociaż w tym wypadku wahała się, czy w drzwiach Nory zostanie miło ugoszczona. "Raczej nie", przeszło jej przez myśl, jednak żył w niej promyk nadziei, że może chociaż teraz jej pomogą.
            Stała kilka metrów przed wejściem. Złapała Suzanne za dłoń. Chyba chciała sobie dodać tym gestem otuchy. Podeszła do drzwi i zapukała mocno. Nogi miała jak z waty i chyba cudem do nich doszła. Bała się, i to cholernie! Serce biło jej o wiele szybciej. Ręka, którą nie trzymała Suzanne, drżała z nerwów. 
            Światło się zapaliło. Usłyszała, jak ktoś szybko zbiega po schodach. Przed nią stanęła osoba, z którą naprawdę nie chciała się spotkać jako pierwszą — Ginny Weasley.
            Poczuła, jakby ktoś z niewiadomych przyczyn wbijał w nią szpilki — jedna po drugiej, w rzeczywistości rudowłosa wpatrywała się w nią. Nie spodziewała się o tej godzinie gości, a już na pewno nie Hermiony Granger. Wiedziała, że nie przychodzi tu bez powodu.
            — Potrzebuję pomocy — powiedziała cicho Hermiona.
            Ta chwilę na nią patrzyła. Jej spojrzenie przeszywało dziewczynę, następnie spojrzała na Suzanne trzymającą rękę Hermiony. Musiała się naprawdę zastanowić. Jeśli tu przyszła, to musiało być to coś naprawdę ważnego.
            — Wchodź. — Otworzyła szerzej drzwi i gestem kazała wejść Hermionie i Suzanne.


Dziekuję Sovbedlly [klik] za zbetowanie rozdziału. :)


Hej, kochani! :)
W końcu przychodzę do Was z nowym rozdziałem. ;) Wstawiam go prawie tydzień później, bo wcześniej byłam chora, ale już czuję się lepiej, więc w weekend mogłam go napisać. ;)
Ale co o rozdziale... Jakoś nie umiałam się przez to przemóc. Gdzieś na początku nie wiedziałam, jak to wszystko zacząć, ale później już szło z górki. A na końcu stwierdziłam, że potrzymam was troszkę w napięciu. Oj, bardzo zła ja... ;D
Chciałam wam również podziękować bardzo, bardzo, bardzo za 10 tys. wyświetleń. :* Dziękuję! Z tej okazji pojawił się Harry Potter TAG. Nie miałam pomysłu, żeby napisać jakąś miniaturkę, a przygotowałam to już jakiś czas temu (bodajże 2 tygodnie temu :P), bo nie chciałam tak zostawić tego bez niczego.
W ogóle macie podlinkowaną piosenkę nad rozdziałem. Kocham ją! Ostatnio leci u mnie w słuchawkach przez prawie cały czas. ;D Jest ona z filmów z serii Legendy Polskie, które są naprawdę fajne. Uwielbiam także Jaskółkę. *.* [klik]

Aha, zapraszam was również do Księgozbioru Hogwartu, ponieważ zbieram tam zamówienia na szablony. Jest tam jeden stworzony przeze mnie, ale w przyszłości na pewno coś się jeszcze pojawi, a oprócz tego robię kolejny, tak zaspoileruję, że w nagłówku będą Tom Felton i Bonnie Wright. ;)
Dobra, to chyba tyle. Miałam wszystko króciutko napisać, a wyszło jak zwykle. :P
Pozdrawiam!
zakręcona01

6 komentarzy:

  1. Noo, trochę mnie zmylilas. Philip Jones? To jakieś przezwisko, fałszywe dane, żeby nie poznali prawdziwej osobowości ojca Suzanne? Przecież nie może być on zwykłym mugolem, mugolakiem lub półkrwi! Co do półkrwi to może, ale dalej obstawiam, że to musi być jakoś arystokrata. Nie ma innego wyjścia. No chyba że matka Suzanne była czystej krwi, a przez przypadek przespala się z jakimś mugolem. Hmm...
    Przy wspanialomyslnym planie Harry'ego, żeby "ratować" dziewczyny, miałam ochotę walnąć się w czoło. Potter, Ty idioto! Jezus, moja irytacja znowu osiągnęła poziom prawie apogeum. Nosz kurde, jak można być tak głupim? "Chodźmy je ratować, zbawmy świat!" Pff. Walnijcie mnie. Mogłabyś zabić Harry'ego w następnym rozdziale? Proszę <3
    Wgl, rozsmieszylo mnie, że chłopaki już tak się do siebie przyzwyczaili, że wychodząc z łazienki nie zwracają uwagi na tę drugą osobę. Urocze i śmieszne xd
    Ginny, proszę, nie bądź suką tak, jak w moim opowiadaniu, i pomóż dziewczynom! Ja rozumiem, nie przyjaznicie się i tak dalej, no ale miej serce. Dobrze, że Hermiona pomyślała o Norze, bo to już jedyne miejsce, gdzie mogły się schronić.
    Gratuluję 10k! ^^ Będzie miniaturka na 15k?
    Pozdrawiam i weny życzę!
    CanisPL

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Philip Jones to... A nie mogę powiedzieć! :> To się okaże. Ale dla dociekliwych zdradzę, że jeden z rodziców jest z arystokratycznej rodziny. Ale skąd, to już pozostanie tajemnicą do rozwiązania tego, kim są rodzice Suzanne. Jestem ciekawa, czy ktoś zgadnie. ;D Ale wydaje mi się, że czeka Was duże zaskoczenie. :>
      Tak, Harry jest genialny! Powiem szczerze, że dziwnie mi się o tym pisało, ale według mnie Harry robi wszystko impulsywnie i w sumie to mi pasowało. A będzie to miało może nie tyle co całkowity, ale delikatny wpływ na fabułę.
      I, od razu przepraszam za to wszystkich fanów Harry'ego, ale w pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl, żeby go uśmiercić... Ale popsułoby to wszystko, co sobie ułożyłam w głowie. Musze pomyśleć, jednak wątpię, żebym tak zrobiła... (Tak swoją drogą Suzanne też nie miałam od początku w opowiadaniu, a chyba bym zwariowała, jakbym jej tu nie umieściła :P).
      I również uwielbiam moment, w którym chłopaki już tak "normalnie" ze sobą rozmawiają. :)
      Ginny... Nie mogę nic powiedzieć. To w następnym rozdziale. :P
      Dziękuję! Od razu uprzedzam, że nie umiem pisać miniaturek. Jestem w tym beztalenciem. :P Jeśli już to może zrobię jakąś ankietę i wtedy się wszystko okaże.
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  2. Hej!
    Dużo działo się w tym rozdziale ;)
    Ciekawi mnie jedna postać, a mianowicie Philip Jones. Nie wiem dlaczego, ale mam co do niego złe przeczucia.
    Tak bardzo boję się o chłopaków. Mam nadzieję, że nie stało się im nic poważnego :((
    Dobrze, że Hermiona zwróciła się o pomoc.
    Jestem ciekawa dalszej reakcji Ginny. Może w końcu się pogodzą.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział :)

    Pozdrawiam,
    Meryem

    P.S. Chłopcy mają być cali! (a przynajmniej Draco) xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! :)
      Niestety nie mogę nic zdradzać nic o Philipie. :>
      A trochę o Weasleyach wyjdzie w kolejnym rozdziale. ;)
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  3. O losie, co tu się odwaliło. Już od początku myślałam, że pomysł z samotnym wyruszeniem dziewczyn do sierocińca w ich położeniu jest naprawdę nierozsądny. Hermiona zachowała się bardzo lekkomyślnie, to jej trzeba przyznać bez niczego.
    Śmierciożercy na nich czatują, ukrywają się już długi czas, a Miona po prostu bierze dziewczynę i idzie, nie powiadamiająć o tym Draco oraz Harry'ego. Uch, ale się zbulwersowałam, wybacz. :D
    Ja nie wierzę, co się dzieje?! Harry, Draco... Nie mam pojęcia, jak oni wszyscy teraz zbiorą się do kupy, kto pomoże chłopakom. Chociaż tyle dobrego z tego bardzo złego, że już chociaż jest jakiś trop, jak szukać ojca Suzie.
    W tym momencie jestem w oczekiwaniu na reakcję Weasleyów, a zwłaszcza Rona. Bo Ginny obecnie zachowała się, jak na przyjaciółkę przy stało, choć są skłócone.
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, dodawaj szybciutko! :D Jeszcze raz przepraszam za spóźnienie i życzę mnóstwa weny! <3
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hermiona zachowała się lekkomyślnie, przyznaję. Rzeczywiście mogła powiadomić chłopaków, ale wtedy wszystko by się inaczej potoczyło, a oni nie... Dobra, bo za dużo powiem! :>
      Powiem szczerze, że tę akcję już mam zaplanowaną. Wiem, jak mniej więcej się to potoczy.
      A o zachowaniu Weasleyów w następnym rozdziale. Już mam w sumie o tym napisane, i myślę, że będzie to niemałe zaskoczenie, ale znowu nie aż tak wielkie. ;)
      Również pozdrawiam! ^^

      Usuń